2 okropne buble, przed którymi przestrzegam | coś do włosów | coś do twarzy

15 października 2018 | 10 komentarzy
Cześć, cześć!

Dzisiaj przychodzę do Was z tego typu postem, które rzadko się u mnie na blogu pojawiają. Albowiem będę mówić o produktach, które okropnie uprzykrzyły mi życie ;) Z reguły piszę pozytywne recenzje albo takie typu: jest ok, ale bez szału. Ale tak, żebym zjechała produkt od góry do dołu to chyba będzie pierwszy taki wpis. A z tego względu, że generalnie moja cera czy włosy nie są bardzo wymagające i z reguły większej krzywdy dane produkty mi nie robią. Ale, ale ... ostatnio pewne dwa produkty tak dały mi w kość (a właściwie moim włosom i cerze), że postanowiłam poświęcić dla nich oddzielny wpis i przestrzec Was przed nimi. Aczkolwiek wiadomo - u każdego sprawdza się co innego, dlatego też ciekawa jestem czy Wy znacie te produkty i jakie macie o nich zdanie. Zapraszam ;)
Bohaterami dzisiejszego wpisu są nawilżająca emulsja do mycia marki CeraVe oraz szampon do włosów od Seboradin. Po tym wpisie oba te produkty lądują z wielkim uśmiechem w koszu :) Ale po kolei...


CeraVe Nawilżająca Emulsja do Mycia 
Do Skóry Normalnej i Suchej

Produkt dostałam jak jeszcze pracowałam w drogerii. Marka dopiero co się pojawiła. Sporo klientów o nią pytało, więc ucieszyłam się, że miałam okazję go sprawdzić. Trochę czekał w zapasach, bo na tamten moment kończyłam piankę z Orientany. W końcu ją wyciągnęłam i zaczęłam używać. To było jakoś na początku wakacji. Moja cera przez te upały była cały czas tłusta, spocona, tak wiecie... Bez dobrego produktu ani rusz! Niestety CeraVe poległ na całej linii. Po pierwsze napis -bezzapachowa- nieco mija się z prawdą. Zapachu może rzeczywiście nie ma, ale smród już tak. Bardzo mi przeszkadzał, na tyle, że wstrzymywałam oddech przy myciu. Konsystencja była całkiem przyjemna, właśnie taka typowa emulsja. Idealna bym powiedziała do cer suchych. Niestety to jego jedyna zaleta. Cud, że w ogóle jakaś jest. Produkt niestety kompletnie nie nadaje się do mycia. Po umyciu miałam wrażenie, że skóra jest jeszcze bardziej brudna. Cały czas czułam, że coś na niej jest. Ale nie to było najgorsze... Okropnie mnie po tej emulsji wysypało. Przeokropnie! Właściwie do teraz nie mogę doprowadzić twarzy do porządku. Wiem, że miało na to wpływ też odstawienie hormonów, ale ta emulsja wszystko pogorszyła. Całe policzki miałam w okropnych, bolących krostach. Generalnie staram się zużywać produkty do końca, bo nie lubię ich marnować, ale ta emulsja jest tak tragiczna, że ląduje w koszu z hukiem. Nie znam się za bardzo na składach i wydaje mi się, że jakichś najgorszych składników nie ma (chętnie poznam Wasze zdanie!), ale np. tokoferol i ceramidy są na szarym końcu. Wstawiam Wam skład poniżej.
Seboradin szampon do jasnych włosów
kuracja do włosów normalnych, jasnych, farbowanych na blond, siwych

Na początek powiem, że moje włosy nigdy nie były wymagające. Wystarczyły im szampon i odżywka. Dodatkowo nakładam na końcówki olejek, żeby je zabezpieczyć i wygładzić. Stawiam na szampony regenerujące, odżywcze, dodające objętości. Jedyny problem jaki z nimi mam jest taki, że są trochę oklapnięte. Szampon Seboradin dostałam również wtedy, gdy pracowałam jeszcze w drogerii, ponieważ zajmowałam się półką marki Seboradin i w zamian dostawałam produkty. Z reguły dzieliłam się z siostrą i mamą, raz też zrobiłam rozdanie dla Was na Instagramie, ale ten szampon postanowiłam wypróbować sama. I wybrałam chyba najgorszy z możliwych, bo z tego co mówiła moja siostra seria regenerująca sprawdzała się u niej dobrze. Po pierwsze szampon pachnie mydłem. Ok, nie zapach jest najważniejszy. Po drugie SLS-y w składzie, których moja skóra głowy niezbyt toleruje, ale stwierdziłam, że jak raz na jakiś czas umyję włosy szamponem z SLS-ami to nie umrę. Staram się znaleźć jakąkolwiek zaletę tego produktu, ale nie da się. Myłyście kiedyś włosy mydłem? Takim zwykłym w kostce? Jeśli nie, to spróbujcie i wtedy będziecie wiedziały jak ten szampon myje :) Właśnie tak. Włosy po nim są sztywne, szorstkie, brudne. Podczas mycia niesamowicie się plączą. A ja zawsze czeszę je przed myciem. Jak się spłukuje to już czuć, że są szorstkie i tutaj nawet odżywka nie pomoże. A następnego dnia włosy wyglądały po prostu okropnie. Były tłuste i oklapnięte. Mega się dziwię widząc dość wysoką ocenę na wizażu, ale tak jak wspominałam wcześniej. Ilu ludzi, tyle opinii ;) Miałam zużyć go do mycia pędzli, ale powiem Wam szczerze, że nawet do tego się nie nadaje. Jest po prostu beznadziejny. Poniżej wrzucam skład.
Może miałyście styczność z tymi produktami? Jest tu ktoś u kogo dobrze się one sprawdziły? Dajcie koniecznie znać ;) I byłabym wdzięczna, gdyby któraś z Was wypowiedziała się na temat składów. 

Buziaki,
Ada.

moje sprawdzone kosmetyki z Rossmanna | promocja -55% na kolorówkę

9 października 2018 | 23 komentarze
Cześć!

Dzisiaj przychodzę do Was z wpisem, który powstał bardzo spontanicznie. Właściwie nie planowałam ani iść na zakupy ani tworzyć tego postu. Ale zapytałam Was na Instagramie i prawie 100% odpowiadających odpowiedziało, że chętnie zobaczą produkty, które ja polecam. Serdecznie zapraszam.
Moim absolutnym hitem od zawsze na zawsze, jeśli chodzi o podkłady, jest Healthy Mix od Bourjois. Już nie raz Wam o nim wspominałam. Powstał nawet oddzielny post o podkładzie i pudrze z tej samej linii ► klikOba produkty polecam. Są to produkty typowo do suchej skóry, jaką ja mam i głównie stawiam na rozświetlające i nawilżające formuły. Te dwa produkty absolutnie spełniają moje oczekiwania. Podkład jest lekki, dobrze kryjący i nawilżający. Niestety nie jest jakoś super trwały, dlatego latem go odstawiam, bo przy wysokich temperaturach on po prostu się ściera. Podobnie jak z pudrem. Używam obu kosmetyków wyłącznie przez jesień, zimę i wiosnę. Są to produkty, które nie podkreślają suchych skórek i są wręcz stworzone dla osób borykających się z suchością skóry. Ja mam tak, że latem stawiam na cięższe i kryjące formuły, aby makijaż nie spłynął na słońcu, a w chłodniejsze pory roku lekkie, średnio kryjące, które wiem, że się sprawdzą w tym czasie. Niestety puder healthy balance został wycofany i powrócił w odświeżonej szacie graficznej i podejrzewam, że formuła też się zmieniła. Muszę go wreszcie sprawdzić.

Oprócz tych produktów polecam również L'Oreal True Match i Revlon Colorstay, z którym miałam różne relacje, ale lubię go za to, że jest naprawdę trwały i przez całe lato sprawdzał się super. A True Match jest lekki, średnio kryjący i pięknie wyrównuje koloryt skóry (i za to go lubię).

Jeśli chodzi o pudry bardzo lubię sypki City Matt od Lirene i kiedyś kiedyś miałam Stay Matte od Rimmel, który dobrze się u mnie sprawdził, więc oba tymi produktami warto się zainteresować.

Rozświetlacze od Wibo i Lovely to chyba już klasyki, więc nie ma co się nad nimi rozwodzić. Oba wyglądają pięknie na buzi, są trwałe, wydajne i tanie ;)
Korektor Camouflage Liquid od Lovely szturmem wdarł się w blogosferę i widzę go praktycznie na każdym profilu na Instagramie. I wcale się nie dziwię, bo jest to naprawdę świetny produkt i kto jeszcze go nie zna, ma teraz okazję nadrobić. Ja go kupuję nawet bez promocji, bo w regularnej cenie kosztuje 13, 50 zł. Podsyłam Wam link do wpisu, w którym porównywałam go do korektora z Makeup Revolution ►klik. Korektor ma świetne krycie, ładne kolory, super się wklepuje gąbką i jest trwały. Przy wysokich temperaturach jedynie zbierał się przy nosie, ale to też zależało od tego jaki puder nałożyłam. Ogólnie jestem z niego bardzo zadowolona. Jednego mam końcówkę, a drugi właśnie dzisiaj kupiłam.
czekoladką od Lovely miałam na początku średnią relację. Wydawał się za ciemny i robiłam sobie nim okropne plamy. Okazało się jednak, że wystarczyło zmienić pędzel. Teraz go uwielbiam! Świetnie podkreśla kości policzkowe, ma ładny odcień i zapach. Jest wydajny, bo już jakiś czas go używam i tyle co starł się motyw czekolady. Lubię również trio do konturowania 3 steps to perfect face od Wibo. Właściwie dwa produkty już zużyłam, został mi tylko rozświetlacz, który jest również bardzo ładny, tylko ma chłodny odcień, dlatego rzadko go używam. Muszę się za niego wziąć i go wykończyć;)
Z róży do policzków bardzo lubię wypiekane z Max Factor w odcieniu 05 Lovely Pink, który już jakiś czas temu zużyłam, a teraz maltretuję ten z SinSkin, który kupiłam na zeszłej promocji w odcieniu 031 Treasured. Jest to produkt z wyższej półki cenowej, ponieważ jego cena regularna wynosi 85 zł. Ale po rekomendacji jednej z Was postanowiłam się na niego zdecydować i nie żałuję. Jeśli kuszą Was produkty tej marki myślę, że warto na promocji w coś się zaopatrzyć ;)
Produkty do ust to moja ulubiona kategoria. Zacznijmy od mojego zamiennika pomadki Mac Mehr, czyli Maybelline Smoky Rose 987. Możecie zobaczyć jak wygląda na ustach TUTAJ. Ich cena normalnie wynosi 30 zł. Ma śliczny zapach, kolor i prezentuje się cu-do-wnie!! Bardzo lubię też matowe pomadki w sztyfcie z Bourjois Rouge Velvet The Lipstick, które mają fajną, masełkową konsystencję i nie wysuszają ust. Kolorów w gamie jest chyba 15 albo 16. Ja posiadam numer 01, taki brązowy nudziak, idealny na jesień. Na poprzedniej promocji zdecydowałam się na płynną pomadkę Lovely Extra Lasting, która jest bardzo trwała i ta czerwień 03 po prostu przepiękna! Na ustach wygląda obłędnie i przyciąga wzrok. Dlatego na tej edycji kupiłam kolejny kolor - odcień 06. Wzięłam w ciemno, bo wydawał się ładny, a że kosztował grosze to długo się nie zastanawiałam. Jeśli chodzi o trwałość i konsystencję, mogę go Wam polecić. Z kolorami to już według Waszych preferencji ;)
Z konturówek dalej uwielbiam 010 Toffe od Miss Sporty. Dobrze, że na poprzedniej edycji kupiłam sobie trzy na zapas, bo dostałam informację od koleżanki, że chyba je wycofali. Płynne pomadki Million Dollar Lips od Wibo na pewno każdy zna. Niestety wysuszają trochę usta, ale są bardzo trwałe i mają śliczne kolory. Moją ulubioną jest 01. Zostając przy marce Wibo, polecam również kredki do ust Perfect Line. Jak widzicie na zdjęciu jedna już prawie wykorzystana, kolejna czeka ;)
Z produktów do brwi mogę Wam polecić jedynie pomadę Eyebrow Pomade, która jest moim absolutnym hitem. Jest trwała, super wypełnia luki i ma ładne kolory. I jest piekielnie wydajna! Obecnie maltretuję tą od Ingrid, która jest równie świetna, ale do Wibo zawsze będę wracać. TUTAJ porównałam ją do pomady z L'Oreal, której z kolei nie polecam. Z tuszy do rzęs na pewno polubicie od L'Oreal z serii Volume Million Lashes. Moją ulubioną jest So Couture. Z Bourjois z kolei Twist up mascara The Volume. Nie dość, że świetnie pogrubia rzęsy to bosko je wydłuża i nie kruszy się w ciągu dnia. Nie mogło zabraknąć w tym zestawieniu Lovely Curling Pump Up, czyli słynnego żółciaka. Nie wszystkim ona odpowiada, ale ja uważam, że to świetna maskara, która robi robotę i jest tania jak barszcz. Z siostrzanej marki Wibo mogę polecić Volume Drama ►klik. Ona jedna z tego zestawienia ma szczotkę z włosia, reszta silikonowe, które ja preferuję. Na poprzedniej promocji kupiłam tusz z Eveline Volumix Fiberlast, którą miałam dawno temu i bardzo go lubiłam. Z eyelinerów już od wielu lat używam czarnego z Wibo. Nic mi go chyba nie zastąpi. Kupuję go odkąd zaczęłam malować kreski, czyli jakoś w liceum. Miałam też inne, zaczynałam od Inglota, później był Eveline, ale jak trafiłam na Wibo już inne przestałam kupować. Z Eveline kupiłam na zeszłej promocji, bo musiałam coś dobrać, a pamiętam, że ten też był fajny;)
Z paletek cieni do oczu mogę zaproponować Wam dwie pozycje: Maybelline The Nudes oraz Wibo Neutral Eyeshadow Palette. Dla bardziej zaawansowanych osób nie będzie odpowiednia, ponieważ nie ma super wybitnej pigmentacji. Są to raczej palety dla osób początkujących. Cienie dobrze się blendują, nie robią się plamy, są trwałe i nie drogie. Ja je lubię. Jeśli dopiero zaczynacie przygodę z makijażem to będą one dla Was odpowiednie :)

To już chyba wszystko. Dajcie znać co Wy polecacie i na co się zdecydowałyście. 
Skorzystałyście w ogóle z promocji? Może w tej edycji odpuszczacie?

Buziaki,
Ada.

nowości | sierpień/wrzesień | Ingrid | Semilac | Aloesove | Bath and Body Works | Vianek

5 października 2018 | 13 komentarzy
Hejka hej!

Dzisiaj mam dla Was wpis o produktach, które pojawiły się u mnie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Ja sama za wiele nie kupiłam, staram się ostatnio ograniczyć kupowanie nowych kosmetyków, a skupiam się na zużywaniu tego co mam. We wpisie pokażę Wam oprócz zakupów, wygraną w konkursie oraz dwie przesyłki, które dostałam w ramach współpracy.
Zacznę od wygranej w konkursie u Pauliny (PaulinaBlog). Trafiło do mnie 6 kolorów lakierów hybrydowych marki Semilac z kolekcji Celebrate. Odcienie są przepiękne! Otrzymałam  530 Delicate White, 531 Joyfull Yellow, 532 Kind Apricot, 533 Brave Coral, 534 Freedom Blue oraz 535 Power Cobalt. Powiem Wam, że wszystkie są przepiękne! Niektóre już miałam na pazurkach, możecie zobaczyć na zdjęciach poniżej ▼
Po lewej stronie Delicate White, na serdecznym Chiodo 791 Rose Gold. Po lewej stronie 531 Joyfull Yellow oraz 533 Brave Coral. 
Poza lakierami na zdjęciu widnieją również odtłuszczacz oraz pilniczek z Semilac, które kupiłam na szybko w kosmetykomanii.
O produktach Ingrid Cosmetics pojawił się już oddzielny post, na który zapraszam ► klik. Najbardziej spodobała mi się pomada do brwi, która robi naprawdę cudny efekt! Koniecznie zajrzyjcie do wpisu.
Przeogromnie się ucieszyłam, gdy zobaczyłam e-maila od sklepu Costasy z propozycją współpracy, w ramach której mogłam wybrać sobie produkty marki Lily Lolo! Dosłownie parę dni wcześniej czytałam świetny post o ich produktach i już miałam w planach kupno podkładu. Marka czyta mi w myślach;) Wybrałam sobie mineralny podkład, którego najbardziej byłam ciekawa, mgiełkę utrwalającą oraz dwa produkty do ust pomadkę w sztyfcie oraz błyszczyk. Do nakładania podkładu dostałam pędzel typu Kabuki. Oddzielny wpis o nich pojawi się pod koniec miesiąca, także wypatrujcie!
Jeśli chodzi o kosmetyki, które ja kupiłam to w ostatnim czasie pojawiła się u mnie sodowa pianka do mycia twarzy marki Evrēe, o której też niebawem opowiem parę słów oraz wazelina z Ziai, którą kupiłam po rekomendacji Kosmetycznej Hedonistki. Polecała ją na porost rzęs:)
Ostatnie produkty to zakupy z Warszawy. Jadąc na szkolenie nie wzięłam ze sobą produktów do mycia ciała i włosów, ponieważ dowiedziałam się, że wszystko będzie dostępne w apartamentach. Jednak te hotelowe produkty do niczego się nie nadają, więc musiałam coś kupić. Wybrałam sprawdzony produkt do mycia ciała czyli mus Silk mousse  lemon moringa z Nivea. Wcześniej miałam wersję rabarbarową. A do włosów zdecydowałam się na nawilżający szampon do włosów firmy Vianek, który kupiłam w drogerii Kontigo. Na pewno za jakiś czas dam Wam znać jak się sprawdził.
Kolejne produkty to mgiełka zapachowa Bath and Body Works A thousand wishes. Uwielbiam ją! Ma przepiękny, słodki zapach. Na początku nie byłam do niej przekonana, ale teraz idzie w ruch codziennie! Regenerujący żel Aloesove zgarnęłam wraz z gazetą Zwierciadło, a tusz do rzęs Catrice kupiłam z polecenia Miskejt ;) Myślę, że nie ja jedna dałam się namówić ;)
I ostatnia rzecz niekosmetyczna to książka Remigiusza Mroza pt. Nieodnaleziona, na którą namówiła mnie pani w Empiku przy kasie, zapewniając, że ma nieoczywiste zakończenie ;) Zobaczymy!


Miałyście coś z produktów, które się u mnie pojawiły? Co ciekawego Wy kupiłyście w zeszłym miesiącu?

Buziaki,
Ada.

zużyte kosmetyki | sierpień, wrzesień | denko #19

28 września 2018 | 30 komentarzy
Hej hej!

No to co mamy piąteczek piątunio! Mój wolny, ale niestety weekend pracujący. Wczoraj wysprzątałam cały dom i zrobiłam pazurki, które możecie zobaczyć na moim Instagramie -> klik. Dzisiaj zrobiłam zdjęcia na bloga i zabieram się za przygotowywanie wpisów;) A teraz zapraszam na post o zużytych produktach.
Original Source żel pod prysznic - trafił do mnie przez zupełny przypadek, ale pachniał obłędnie! Jak landrynki o smaku mango. Był trochę wodnisty, przez co mniej wydajny. Na lato super! Taki orzeźwiający, energetyzujący zapach.

Avon Dark Orchid & Raspberry płyn do kąpieli - fajny był, ładnie pachniał i co najważniejsze... robił pianę :D i ja i mój chłopak lubimy takie umilacze do kąpieli. Ten był taki relaksujący, owocowy, bardzo przyjemny :)
Bielenda kokos & aloes płyn micelarny - już nie raz wspominałam, że bardzo mi przypasowała ta seria. Mgiełka świetnie się sprawdziła i płyn również. Bardzo dobrze zmywał makijaż, nie podrażniał skóry ani oczu, ślicznie pachniał i duża butla starczyła na długo. Na pewno kupię ponownie!

Garnier Moisture+Smoothness eye tissue mask coconut water & hyaluronic acid & Moisture+fresh look eye tissue mask orange juice & hyaluronic acid - maseczki dostałam od portalu wizaz.pl. Obie sprawdziły się naprawdę fajnie. Aż byłam zdziwiona, bo maski w płachcie od Garnier mnie nie zachwyciły. Maska pod oczy z sokiem z pomarańczy przepięknie, owocowo pachniała. I nie były to standardowe płatki pod oczy tylko właśnie maska z tkaniny, dzięki czemu one idealnie przylegały do skóry i nie zsuwały się, co zdarzało się przy płatkach. Okolica pod oczami była nawilżona i wyglądała na wypoczętą. Polecam robić je rano, super rozświetla i przygotowuje skórę do makijażu. Maska z wodą kokosową była to maska na całą okolicę wokół oczu. Nie tylko pod oczy, ale i dookoła. Pierwszy raz spotkałam się z czymś takim, ale było to miłe doświadczenie. Maska również ładnie pachniała, super nawilżała, była mocno nasączona. Z pewnością zdecyduję się na nie ponownie. Wolę zdecydowanie takie rozwiązania niż standardowe płatki pod oczy;)

Bielenda Carbo Detox Biały węgiel peel-off - maska o działaniu detoksykującym do skóry tłustej, wrażliwej. Powiem Wam, że ta połowa (drugą jeszcze mam) starczyła mi na dwa użycia. Maska nie jest zła, skóra była oczyszczona po niej, ale bez szału. Mam jeszcze w zapasie z serii Zielona Herbata, której też jestem ciekawa.
Life Professional Hybrid Dehydrator - odtłuszczacz do płytki paznokcia. Kupiłam kiedyś w Super-Pharm. Nie mam mu nic do zarzucenia. Spełniał swoją rolę.

Isana zmywacz do paznokci - myślę, że każda z nas dobrze go zna. Długo u mnie był, ponieważ już od jakiegoś czasu wykonuję manicure hybrydowy, ale zawsze się do czegoś przyda. Nawet nie pamiętam do  czego go ostatecznie zużyłam :P
Yves Rocher energizujące mleczko do ciała mango & kolendra - opowiadałam Wam o nim w oddzielnym wpisie (klik). Na pewno jeszcze kiedyś się na nie zdecyduję. Ma przepiękny zapach, lekką konsystencję, idealny na lato. Polecam!

L'Oreal Elseve Magiczna Moc Glinki szampon pielęgnacyjny - jest to szampon przeznaczony dla włosów normalnych z tendencją do przetłuszczania. Ratowałam się nim po szamponie z Biovax z mango i opuncją, który zrobił mi masakrę na głowie i musiałam myć włosy codziennie :/ Magiczna Moc Glinki przepięknie pachnie, dobrze się pieni (wiadomo) i doprowadził moje włosy do porządku. Ładnie odbijał je u nasady, włosy wyglądały świeżo. Szampon ich nie wysuszył, mimo nakładania dodatkowo odżywki z tej serii.

Sylveco odżywcza pomadka z peelingiem - mój hit, który kupuję regularnie. Bardziej jest mi potrzebna jesienią/zimą, więc praktycznie całe wakacje przeleżała i niestety zjełczała, więc ląduje w koszu. Ale nowy egzemplarz na pewno się pojawi ;)

Bioderma Hydrabio Creme Rich bogaty nawilżający krem - próbka 5 ml, bogata konsystencja, jakoś wrażenia na mnie nie zrobił. 

Yves Rocher Sensitive Végétal krem nawilżająco-łagodzący - próbka 7 ml. Za to ten bardzo mi odpowiadał. Miał super konsystencję, która tak ładnie wygładzała buzię. Skóra była miękka i nawilżona. Na pewno zdecyduję się na pełnowymiarowe opakowanie. Normalnie kosztuje 49, 90 zł, a teraz widzę, że jest na stronie w promocji za 34, 90 zł. Wypłato przybywaj ;)

Wibo Volume Drama tusz pogrubiający tusz do rzęs - całkiem niedawno pojawił się o nim wpis na blogu, do którego Was odsyłam klik. W wielkim skrócie mówiąc polubiłam ten tusz i na pewno do niego wrócę;)


Znacie te produkty? Jak sprawdziły się u Was? A co Wy ciekawego zużyłyście?

Buziaki,
Ada.

NaturalME | pomarańczowy peeling cukrowy do ciała | hydrolat aloes |

17 września 2018 | 32 komentarze
Cześć Wam!

Jak tam Wasz poniedziałek? Ja właśnie wracam z pracy i padam na twarz. Dzisiejszy dzień tak mnie zmęczył, że marzę o tym, aby się położyć i zdrzemnąć. Otworzyć sklep to nie lada wyzwanie. Odliczam juz dni do piątku! Zapowiada się rodzinny weekend! A Wy jakie macie plany? 

Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją dwóch produktów marki NaturalME, których używam już od paru miesięcy. Są to aloesowy hydrolat do twarzy, ciała, włosów oraz pomarańczowy peeling cukrowy. To co? Ciekawi jak u mnie sprawdziły się te produkty? Zapraszam do dalszej części wpisu ;)
Jak tylko produkty pojawiły się stacjonarnie i zobaczyłam je na półce w drogerii, zapragnęłam mieć je wszystkie. Szata graficzna zdecydowanie zachęca, krótkie składy i szeroki asortyment również. Pierwsze co kupiłam to olejek z dzikiej róży, ale na jego recenzję musicie jeszcze trochę poczekać. Następnie do koszyka wpadły maska do skóry głowy oraz dwa produkty z dzisiejszego wpisu. 
Pomarańczowy peeling cukrowy według producenta ma oczyszczać i wygładzać, a także ma działać ujędrniająco i antycellulitowo. 
Przekonał mnie on przede wszystkim zapachem. Ja osobiście uwielbiam takie cytrusowe, świeże i przyjemne. Peeling zamknięty jest w słoiczku z ciemnego plastiku. Do tego jasna etykieta, na której mamy wszystkie niezbędne informacje. Jak widać trochę się odbarwiła. Produkt musimy zużyć w ciągu 6 miesięcy od otwarcia. Zdecydowanie jesteśmy w stanie zużyć go prędzej, nawet jeśli używacie w małej ilości tak jak ja. Głównie na dekolt, ramiona i uda. Jeszcze parę lat temu powiedziałabym, że to jest za mocny zdzierak jak dla mnie, ale teraz uważam, że jest idealny i takiego właśnie złuszczania potrzebuje moja skóra. 
Jak już wspominałam zapach jest przepiękny i zdecydowanie umila kąpiel. Skóra po peelingu jest wygładzona, jednak zostawia on taką warstwę po sobie. Nie jest ona lepka czy tłusta tylko taka jakby ochronna, jak się dotyka to czuć porządne nawilżenie i wygładzenie. Na początku niezbyt mi to odpowiadało, ale to dlatego, że nie spłukałam porządnie i warstwa ta była nie do zniesienia. Jednak gdy porządnie spłuczemy, to pozostaje delikatny, ochronny film i właściwie osoby, które nie przepadają za balsamowaniem, mogą ten krok pominąć. Skóra jest nie tylko nawilżona i gładka, ale również ujędrniona, taka miła w dotyku. Peeling spodobał mi się na tyle, że gdy tylko ten dosięgnie dna (myślę, że starczy mi go na max. 3-4 razy), miałam w planach kupić go znowu, bądź wypróbować malinowy albo kawowy, ale w związku z tym, że zaczęłam pracę w Bath and Body Works, kusi mnie teraz tyle ich peelingów, że powoli wariuję od nadmiaru asortymentu ;P A jeszcze sporo peelingów sobie zapisałam z Waszego polecenia, także chyba muszę robić peeling 2 x w tygodniu ;D Ja szczerze Wam ten produkt polecam. Jeśli jesteście zwolennikami mocnego zdzierania i cytrusowych zapachów to ten peeling jest dla Was! Dla ciekawych umieszczam poniżej skład. 
Drugim produktem jest hydrolat aloesowy do ciała, twarzy i włosów. Ma łagodzić podrażnienia, regenerować naskórek oraz odświeżać. Pokładałam w nim spore nadzieje, bo generalnie moja skóra raczej aloes lubi. Akurat skończył mi się tonik, to mówię wypróbuję hydrolat (aczkolwiek ostatnio wyczytałam, że nie każdy hydrolat tonizuje, o czym nie wiedziałam). Tego typu produktów używam dość często. Rano po umyciu buzi, wieczorem po umyciu, potem po zmyciu maseczki czy peelingu znowu, psikam nią też maseczki z glinką, aby nie doprowadzić do zaschnięcia. Myślałam, że szybko się skończy, ale myliłam się. Produkty z atomizerem są niezwykle wydajne. Pamiętam jak miałam tonik różany z Evree, który po prostu się nie kończył :P 
Zapach jest dość przyjemny, delikatny, orzeźwiający. Hydrolat odświeża, ale czy regeneruje naskórek? Ciężko mi stwierdzić, ponieważ używam go już 3 miesiąc, a stan mojej cery się nie poprawia, a ostatnio dość mocno się buntuje :/ Poza tym hydrolat niestety wysusza mi skórę... Zaraz po użyciu skóra jest taka ściągnięta i matowa i wychodzą na wierzch wszystkie suche skórki. No nie podoba mi się to. Może u osób z cerą tłustą/mieszaną by się sprawdził, ale dla posiadaczek cer suchych nie polecam. Po użyciu muszę natychmiast nałożyć krem nawilżający. 
Jeśli chodzi o sprawy techniczne, atomizer działa bez zarzutu. Nie pluje produktem, tylko wydobywa mgiełkę. Hydrolat znajduje się w plastikowej, poręcznej butelce. Etykieta czytelna i minimalistyczna. Przemawiają do mnie jak najbardziej ;)

Produkty NaturalME stacjonarnie możecie kupić w drogeriach Super Pharm i to w bardzo korzystnych cenach. A na promocji to już w ogóle! Ja akurat peeling kupiłam na promocji -50%, a hydrolat za ok. 16 zł. 
Mimo, że z hydrolatem nie do końca się polubiliśmy, markę bardzo lubię i z pewnością nie jeden kosmetyk wpadnie jeszcze do koszyka. Na pewno pojawi się jeszcze recenzja olejku z dzikiej róży i maski do skóry głowy ;) A w planach mam kupno kaolinowej glinki białej oraz oleju kokosowego. Mam zamiar wrócić do regularnego olejowania włosów, a moje włosy olej kokosowy wręcz uwielbiają! 

Macie swoich ulubieńców z NaturalME? Znacie te produkty?

Całuję,
Ada.

Drogeria Natura | Moc kolorów z marką My Secret | swatche

15 września 2018 | 20 komentarzy
Hej kochani!

Ostatnio byłam mniej aktywna, ponieważ tak jak wspominałam wcześniej byłam na szkoleniu w Warszawie. Wróciłam dwa dni temu, jednak jeszcze ogrom pracy nas czeka w związku z otwarciem sklepu b&bw (to już 19.09.!!!). Mam nadzieję, że przy pracy na cały etat znajdę czas na bloga i go nie zaniedbam! W każdym razie postaram się do tego nie dopuścić. 

Tak się składa, że weekend mam wolny i nadrabiam wszystkie zaległości. A ja mam jeszcze dla Was zaległy post o nowościach marki My Secret. Co prawda wakacje już minęły, ale może jeszcze komuś ten wpis się przyda;) zatem zapraszam!
Tak wyglądają wszystkie produkty, które znalazłam w paczce. Dodatkowo były też tam lakiery do paznokci, ale zapomniałam ich do zdjęcia grupowego. Zobaczycie je w dalszej części wpisu ;)

Na początek holograficzne cienie w kredce do makijażu Holographic Make-up Pencil, dostępne w 9 odcieniach, a w tym aż 6 nowych kolorów. Do mnie trafiły 101, 102 (które były już w sprzedaży;)) oraz 104 cooper (nowość). Są to kredki z drobinkami w intensywnych barwach. Mogą być stosowane samodzielnie jako eyeliner, pomadka, cień do powiek czy rozświetlacz ;) Kto co lubi ;p Ja je stosowałam raczej jako cień bądź eyeliner. Efekt na oku robi wrażenie, przede wszystkim dlatego, że są one mocno napigmentowane. Nie ścierają się i nie bledną w ciągu dnia. Nie wiem jak na tłustych powiekach, ale u mnie były w nienaruszonym stanie cały dzień ;) A kosztują zaledwie 14, 99 zł. Także, jeśli lubicie trochę szaleństwa na oku to serdecznie polecam się zainteresować tymi produktami. Są to takie letnie, szalone kolory, ale kto powiedział, że jesienią czy zimą są zabronione? ;)
Swatche wszystkich produktów zobaczycie na końcu wpisu ;) A wyżej możecie zobaczyć jeszcze pozostałe kolory z gamy 103 Lime, 105 Purple, 106 Cobalt, 107 Teal oraz 108 Olive Green.

Przejdźmy zatem do cieni do powiek w płynie. Są to Extreme Gleam long-wear eye shadow. Są to metaliczne cienie o wodno-kleistej formule, dzięki której możemy pokryć powiekę jednolitą warstwą. Szybko wysychają i się nie osypują dzięki zawartości polimerów. Ot taka ciekawostka :P Takim akcentem możemy ożywić każdy dzienny makijaż. Kolekcja oferuje 5 przepięknych odcieni. Do mnie trafiły dwa z nich: 02 Sun Kiss oraz 03 Guiltless. Takie najbardziej łagodne i subtelne. W dwóch tonacjach: jeden bardziej złoty, drugi w stronę różu. Oba są przepiękne i robią wrażenie ;)
Reszta odcieni to: 1 Moonlight, 4 Supernatural, 5 Delight, 6 Guilty Pleasure.
Zostając jeszcze przy produktach do makijażu oczu, w paczce znalazła się również wodoodporna kredka Color Intense Long Lasting Liner. Jest miękka, mocno czarna, gładko sunie po powiece. Ja generalnie kredek używam rzadko. Mam jedną z Maybelline już dłuższy czas i jedna w zupełności mi wystarczy ;) Także ta trafi do kogoś komu się przyda i będzie jej używał. Cena kredki 12, 99 zł.


Następnymi produktami są płynne rozświetlacze Glow with Wow Liquid Highlighter. Dostępne w dwóch odcieniach: 01 Neutral oraz 02 White Gold. Oba prezentują się naprawdę ładnie, mimo iż pigmentacja nie jest na super poziomie. Ale dzięki temu jest to subtelne i delikatne rozświetlenie. Nie zrobimy sobie nim krzywdy, o ile umiemy aplikować płynne produkty. Producent podpowiada również, że możemy dolać kropelkę do podkładu, aby zrobił się rozświetlający, bądź użyć go jako bazy. Uważam, że to fajne rozwiązania, dzięki temu produkt jest uniwersalny. Powiem Wam, że mi przypasowały te produkty. Dają super efekt, nie sądziłam, że tak mi się spodobają, zwłaszcza, że byłam sceptycznie nastawiona, ponieważ z płynnymi produktami rzadko miałam do czynienia ;)
Duraline z firmy Inglot na pewno każdy zna i wiele z Was posiada. Firma My Secret wypuściła podobny produkt Fixer Liquid, który w połączeniu z dowolnie wybranym kosmetykiem do makijażu zamienia jego formułę na płynną i wodoodporną. Możemy dodać parę kropel do podkładu, aby był bardziej trwały, do zaschniętego tuszu do rzęs, kropelkę do cieni, aby wydobyć z nich pigment, a także do sypkich cieni, aby ułatwić sobie aplikację. Możliwości jest mnóstwo, także warto mieć go w domu. Powiedziałabym, że jest to taki tańszy zamiennik Duraline, bo właściwościami się nie różnią. Cena: 21, 99 zł (duraline: 35 zł). 


I na koniec lakiery do paznokci Chocolate Desire Scented Nail Polish. 8 przepięknych odcieni nude, które do mnie osobiście bardzo przemawiają. Są bardzo podobne, a jednak różne ;) Każdy znajdzie dla siebie swojego idealnego nudziaka ;) W kolekcji mamy takie kolory jak: 287 Almond Milk, 288 Peach Cookies, 289 Honey, 290 Coffe with Milk, 291 Coffee Macaroons, 292 Cinnamon Sticks, 293 Cocoa, 294 Milk Chocolate. Cena za sztukę 10, 39 zł. 
W paczce znalazłam również nowy odcień Nail Art - 286 Rainbow Flakes. Można go nałożyć samodzielnie albo aplikować na inny kolor. 
Ja od jakiegoś czasu robię hybrydy, więc nie przydadzą mi się tak na co dzień. Dlatego też powędrowały do mojej mamy, a sobie zostawiłam dwa odcienie :)

I na koniec możecie zobaczyć swatche wszystkich produktów.

Co Wam wpadło w oko? Macie swoich faworytów? 
Koniecznie dajcie znać!

Całuję,
Ada.


SZABLON BY: PANNA VEJJS.