NaturalME | pomarańczowy peeling cukrowy do ciała | hydrolat aloes |

17 września 2018 | 26 komentarzy
Cześć Wam!

Jak tam Wasz poniedziałek? Ja właśnie wracam z pracy i padam na twarz. Dzisiejszy dzień tak mnie zmęczył, że marzę o tym, aby się położyć i zdrzemnąć. Otworzyć sklep to nie lada wyzwanie. Odliczam juz dni do piątku! Zapowiada się rodzinny weekend! A Wy jakie macie plany? 

Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją dwóch produktów marki NaturalME, których używam już od paru miesięcy. Są to aloesowy hydrolat do twarzy, ciała, włosów oraz pomarańczowy peeling cukrowy. To co? Ciekawi jak u mnie sprawdziły się te produkty? Zapraszam do dalszej części wpisu ;)
Jak tylko produkty pojawiły się stacjonarnie i zobaczyłam je na półce w drogerii, zapragnęłam mieć je wszystkie. Szata graficzna zdecydowanie zachęca, krótkie składy i szeroki asortyment również. Pierwsze co kupiłam to olejek z dzikiej róży, ale na jego recenzję musicie jeszcze trochę poczekać. Następnie do koszyka wpadły maska do skóry głowy oraz dwa produkty z dzisiejszego wpisu. 
Pomarańczowy peeling cukrowy według producenta ma oczyszczać i wygładzać, a także ma działać ujędrniająco i antycellulitowo. 
Przekonał mnie on przede wszystkim zapachem. Ja osobiście uwielbiam takie cytrusowe, świeże i przyjemne. Peeling zamknięty jest w słoiczku z ciemnego plastiku. Do tego jasna etykieta, na której mamy wszystkie niezbędne informacje. Jak widać trochę się odbarwiła. Produkt musimy zużyć w ciągu 6 miesięcy od otwarcia. Zdecydowanie jesteśmy w stanie zużyć go prędzej, nawet jeśli używacie w małej ilości tak jak ja. Głównie na dekolt, ramiona i uda. Jeszcze parę lat temu powiedziałabym, że to jest za mocny zdzierak jak dla mnie, ale teraz uważam, że jest idealny i takiego właśnie złuszczania potrzebuje moja skóra. 
Jak już wspominałam zapach jest przepiękny i zdecydowanie umila kąpiel. Skóra po peelingu jest wygładzona, jednak zostawia on taką warstwę po sobie. Nie jest ona lepka czy tłusta tylko taka jakby ochronna, jak się dotyka to czuć porządne nawilżenie i wygładzenie. Na początku niezbyt mi to odpowiadało, ale to dlatego, że nie spłukałam porządnie i warstwa ta była nie do zniesienia. Jednak gdy porządnie spłuczemy, to pozostaje delikatny, ochronny film i właściwie osoby, które nie przepadają za balsamowaniem, mogą ten krok pominąć. Skóra jest nie tylko nawilżona i gładka, ale również ujędrniona, taka miła w dotyku. Peeling spodobał mi się na tyle, że gdy tylko ten dosięgnie dna (myślę, że starczy mi go na max. 3-4 razy), miałam w planach kupić go znowu, bądź wypróbować malinowy albo kawowy, ale w związku z tym, że zaczęłam pracę w Bath and Body Works, kusi mnie teraz tyle ich peelingów, że powoli wariuję od nadmiaru asortymentu ;P A jeszcze sporo peelingów sobie zapisałam z Waszego polecenia, także chyba muszę robić peeling 2 x w tygodniu ;D Ja szczerze Wam ten produkt polecam. Jeśli jesteście zwolennikami mocnego zdzierania i cytrusowych zapachów to ten peeling jest dla Was! Dla ciekawych umieszczam poniżej skład. 
Drugim produktem jest hydrolat aloesowy do ciała, twarzy i włosów. Ma łagodzić podrażnienia, regenerować naskórek oraz odświeżać. Pokładałam w nim spore nadzieje, bo generalnie moja skóra raczej aloes lubi. Akurat skończył mi się tonik, to mówię wypróbuję hydrolat (aczkolwiek ostatnio wyczytałam, że nie każdy hydrolat tonizuje, o czym nie wiedziałam). Tego typu produktów używam dość często. Rano po umyciu buzi, wieczorem po umyciu, potem po zmyciu maseczki czy peelingu znowu, psikam nią też maseczki z glinką, aby nie doprowadzić do zaschnięcia. Myślałam, że szybko się skończy, ale myliłam się. Produkty z atomizerem są niezwykle wydajne. Pamiętam jak miałam tonik różany z Evree, który po prostu się nie kończył :P 
Zapach jest dość przyjemny, delikatny, orzeźwiający. Hydrolat odświeża, ale czy regeneruje naskórek? Ciężko mi stwierdzić, ponieważ używam go już 3 miesiąc, a stan mojej cery się nie poprawia, a ostatnio dość mocno się buntuje :/ Poza tym hydrolat niestety wysusza mi skórę... Zaraz po użyciu skóra jest taka ściągnięta i matowa i wychodzą na wierzch wszystkie suche skórki. No nie podoba mi się to. Może u osób z cerą tłustą/mieszaną by się sprawdził, ale dla posiadaczek cer suchych nie polecam. Po użyciu muszę natychmiast nałożyć krem nawilżający. 
Jeśli chodzi o sprawy techniczne, atomizer działa bez zarzutu. Nie pluje produktem, tylko wydobywa mgiełkę. Hydrolat znajduje się w plastikowej, poręcznej butelce. Etykieta czytelna i minimalistyczna. Przemawiają do mnie jak najbardziej ;)

Produkty NaturalME stacjonarnie możecie kupić w drogeriach Super Pharm i to w bardzo korzystnych cenach. A na promocji to już w ogóle! Ja akurat peeling kupiłam na promocji -50%, a hydrolat za ok. 16 zł. 
Mimo, że z hydrolatem nie do końca się polubiliśmy, markę bardzo lubię i z pewnością nie jeden kosmetyk wpadnie jeszcze do koszyka. Na pewno pojawi się jeszcze recenzja olejku z dzikiej róży i maski do skóry głowy ;) A w planach mam kupno kaolinowej glinki białej oraz oleju kokosowego. Mam zamiar wrócić do regularnego olejowania włosów, a moje włosy olej kokosowy wręcz uwielbiają! 

Macie swoich ulubieńców z NaturalME? Znacie te produkty?

Całuję,
Ada.

Drogeria Natura | Moc kolorów z marką My Secret | swatche

15 września 2018 | 20 komentarzy
Hej kochani!

Ostatnio byłam mniej aktywna, ponieważ tak jak wspominałam wcześniej byłam na szkoleniu w Warszawie. Wróciłam dwa dni temu, jednak jeszcze ogrom pracy nas czeka w związku z otwarciem sklepu b&bw (to już 19.09.!!!). Mam nadzieję, że przy pracy na cały etat znajdę czas na bloga i go nie zaniedbam! W każdym razie postaram się do tego nie dopuścić. 

Tak się składa, że weekend mam wolny i nadrabiam wszystkie zaległości. A ja mam jeszcze dla Was zaległy post o nowościach marki My Secret. Co prawda wakacje już minęły, ale może jeszcze komuś ten wpis się przyda;) zatem zapraszam!
Tak wyglądają wszystkie produkty, które znalazłam w paczce. Dodatkowo były też tam lakiery do paznokci, ale zapomniałam ich do zdjęcia grupowego. Zobaczycie je w dalszej części wpisu ;)

Na początek holograficzne cienie w kredce do makijażu Holographic Make-up Pencil, dostępne w 9 odcieniach, a w tym aż 6 nowych kolorów. Do mnie trafiły 101, 102 (które były już w sprzedaży;)) oraz 104 cooper (nowość). Są to kredki z drobinkami w intensywnych barwach. Mogą być stosowane samodzielnie jako eyeliner, pomadka, cień do powiek czy rozświetlacz ;) Kto co lubi ;p Ja je stosowałam raczej jako cień bądź eyeliner. Efekt na oku robi wrażenie, przede wszystkim dlatego, że są one mocno napigmentowane. Nie ścierają się i nie bledną w ciągu dnia. Nie wiem jak na tłustych powiekach, ale u mnie były w nienaruszonym stanie cały dzień ;) A kosztują zaledwie 14, 99 zł. Także, jeśli lubicie trochę szaleństwa na oku to serdecznie polecam się zainteresować tymi produktami. Są to takie letnie, szalone kolory, ale kto powiedział, że jesienią czy zimą są zabronione? ;)
Swatche wszystkich produktów zobaczycie na końcu wpisu ;) A wyżej możecie zobaczyć jeszcze pozostałe kolory z gamy 103 Lime, 105 Purple, 106 Cobalt, 107 Teal oraz 108 Olive Green.

Przejdźmy zatem do cieni do powiek w płynie. Są to Extreme Gleam long-wear eye shadow. Są to metaliczne cienie o wodno-kleistej formule, dzięki której możemy pokryć powiekę jednolitą warstwą. Szybko wysychają i się nie osypują dzięki zawartości polimerów. Ot taka ciekawostka :P Takim akcentem możemy ożywić każdy dzienny makijaż. Kolekcja oferuje 5 przepięknych odcieni. Do mnie trafiły dwa z nich: 02 Sun Kiss oraz 03 Guiltless. Takie najbardziej łagodne i subtelne. W dwóch tonacjach: jeden bardziej złoty, drugi w stronę różu. Oba są przepiękne i robią wrażenie ;)
Reszta odcieni to: 1 Moonlight, 4 Supernatural, 5 Delight, 6 Guilty Pleasure.
Zostając jeszcze przy produktach do makijażu oczu, w paczce znalazła się również wodoodporna kredka Color Intense Long Lasting Liner. Jest miękka, mocno czarna, gładko sunie po powiece. Ja generalnie kredek używam rzadko. Mam jedną z Maybelline już dłuższy czas i jedna w zupełności mi wystarczy ;) Także ta trafi do kogoś komu się przyda i będzie jej używał. Cena kredki 12, 99 zł.


Następnymi produktami są płynne rozświetlacze Glow with Wow Liquid Highlighter. Dostępne w dwóch odcieniach: 01 Neutral oraz 02 White Gold. Oba prezentują się naprawdę ładnie, mimo iż pigmentacja nie jest na super poziomie. Ale dzięki temu jest to subtelne i delikatne rozświetlenie. Nie zrobimy sobie nim krzywdy, o ile umiemy aplikować płynne produkty. Producent podpowiada również, że możemy dolać kropelkę do podkładu, aby zrobił się rozświetlający, bądź użyć go jako bazy. Uważam, że to fajne rozwiązania, dzięki temu produkt jest uniwersalny. Powiem Wam, że mi przypasowały te produkty. Dają super efekt, nie sądziłam, że tak mi się spodobają, zwłaszcza, że byłam sceptycznie nastawiona, ponieważ z płynnymi produktami rzadko miałam do czynienia ;)
Duraline z firmy Inglot na pewno każdy zna i wiele z Was posiada. Firma My Secret wypuściła podobny produkt Fixer Liquid, który w połączeniu z dowolnie wybranym kosmetykiem do makijażu zamienia jego formułę na płynną i wodoodporną. Możemy dodać parę kropel do podkładu, aby był bardziej trwały, do zaschniętego tuszu do rzęs, kropelkę do cieni, aby wydobyć z nich pigment, a także do sypkich cieni, aby ułatwić sobie aplikację. Możliwości jest mnóstwo, także warto mieć go w domu. Powiedziałabym, że jest to taki tańszy zamiennik Duraline, bo właściwościami się nie różnią. Cena: 21, 99 zł (duraline: 35 zł). 


I na koniec lakiery do paznokci Chocolate Desire Scented Nail Polish. 8 przepięknych odcieni nude, które do mnie osobiście bardzo przemawiają. Są bardzo podobne, a jednak różne ;) Każdy znajdzie dla siebie swojego idealnego nudziaka ;) W kolekcji mamy takie kolory jak: 287 Almond Milk, 288 Peach Cookies, 289 Honey, 290 Coffe with Milk, 291 Coffee Macaroons, 292 Cinnamon Sticks, 293 Cocoa, 294 Milk Chocolate. Cena za sztukę 10, 39 zł. 
W paczce znalazłam również nowy odcień Nail Art - 286 Rainbow Flakes. Można go nałożyć samodzielnie albo aplikować na inny kolor. 
Ja od jakiegoś czasu robię hybrydy, więc nie przydadzą mi się tak na co dzień. Dlatego też powędrowały do mojej mamy, a sobie zostawiłam dwa odcienie :)

I na koniec możecie zobaczyć swatche wszystkich produktów.

Co Wam wpadło w oko? Macie swoich faworytów? 
Koniecznie dajcie znać!

Całuję,
Ada.

Wibo Volume Drama | drogeryjna maskara | czy w końcu jakaś szczoteczka z włosia dała jakikolwiek efekt na moich rzęsach? |

1 września 2018 | 49 komentarzy
Hej kochani! 

Mała zmiana planów. Dzisiaj opowiem Wam trochę o drogeryjnej masakrze. Miał być post o produktach My Secret, ale niestety nie wszystkie zdjęcia wstawiłam i część mam na komputerze w domu w Gdańsku, a obecnie jestem w domu, we Włocławku, bo mam 3 dni wolnego między szkoleniami. We wtorek wracam do Warszawy. 

Także zapraszam na wpis :)
Generalnie sprawa wygląda tak, że moje rzęsy są liche, rzadkie i opadające. Tylko tusze z silikonową szczoteczką się u mnie sprawdzały. Potrafiły wydłużyć moje rzęsy, pogrubić je trochę i ładnie rozdzielić. Dawałam szansę również tuszom, które miały szczoteczki z włosia, ale niestety nie podołały. Aż pojawiła się nowość marki Wibo (już teraz nie taka nowość) Volume Drama kusząca dobrymi recenzjami oraz swoją piękną, złotą szatą graficzną. Uległam, więc i ja. Tym bardziej, że tusz jest łatwo dostępny i w niskiej cenie, bowiem jego cena wynosi niecałe 19 zł. Ja się zdecydowałam na niego na kwietniowej promocji w Rossmannie, więc zapłaciłam niecałe 10 zł. Nawet gdyby się nie sprawdził, nie ucierpiałby mój portfel ;)
Jak się później okazało Volume Drama miała być tańszym zamiennikiem maskary L'Oreal Paradise Extatic (64 zł) bądź Too Faced Better than sex (105 zł). Mają bardzo podobne szczoteczki, standardowe, z włosia, ale czy dają podobny efekt tego Wam nie powiem, bo nie miałam żadnej z tych droższych propozycji. Maskara Wibo ma dość gęstą konsystencję i gdy zobaczyłam tą szczotkę z tym krótkim włosiem i ogromem tuszu na niej, pomyślałam: "to się nie uda". Już widziałam te posklejane rzęsy, efekt pajęczych nóżek i tym podobne. 
Zaczęłam od podkręcenia rzęs zalotką, następnie nałożyłam pierwszą warstwę. O dziwo wyglądało to naprawdę dobrze. Dołożyłam jeszcze trochę, aby maksymalnie je wydłużyć, rozdzielić i pozbyć się nadmiaru. Efekt naprawdę mi się spodobał. Tusz przede wszystkim pięknie wydłużył moje rzęsy. Byłoby na pewno lepiej i prościej gdyby nie opadały, ale maskara potrafiła w miarę ten skręt utrzymać w ryzach. Trochę też je pogrubił, ale nie spektakularnie. Co najważniejsze dla mnie - nie osypywał się w ciągu dnia. A to nie lada wyzwanie ;) Jest mocno czarny, co również jest dla mnie istotne, ponieważ mam dość jasne rzęsy. 
Naprawdę się z nim polubiłam i to chyba na tyle, że z pewnością kupię go ponownie. Może zajmie miejsce ulubionego tusz z Lovely curling pump up, który mimo, że używam różnych tuszy, zawsze ma miejsce w mojej kosmetyczce. 
Za niską cenę dostajemy dobrej jakości tusz, który rozdzieli rzęsy, należycie je wydłuży i będzie się trzymał cały dzień. Co jeszcze? Łatwo dostępny i pięknie się prezentuje ;) 

Z resztą sami spójrzcie i oceńcie. Każda z nas oczekuje czegoś innego i ma inne rzęsy, więc jak macie długie rzęsy to na pewno u Was będzie dużo lepszy efekt ;) 
Znacie Wibo Volume Drama? Miałyście go? Jak wrażenia? 
A może polecacie jakiś inny równie dobry drogeryjny tusz? Czekam na Wasze opinie! 

Buziaki,
Ada. 

Ingrid Cosmetics | 4 produkty | moja opinia

24 sierpnia 2018 | 33 komentarze
Hej !

Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją 4 produktów marki Ingrid Cosmetics. Namiętnie testuję ich kosmetyki od 2 tygodni i chciałam Wam co nie co o nich opowiedzieć. Tym bardziej, że z marką mam styczność pierwszy raz. Markę ogólnie znam, ale nigdy jakoś nic nie miałam. Dostałam cztery produkty i są to podkład do twarzy, pomada do brwi, tusz do rzęs oraz trio do konturowania na mokro. Ciekawych zapraszam dalej ;) 
Zacznijmy od podkładu. Jest to Ideal Match anti-pollution ultra light. Ja otrzymałam w odcieniu 401 pearl beige. Jak twierdzi producent jest to nowoczesny podkład dopasowujący się do skóry, do koloru i struktury, ultralekka receptura na bazie kwasu hialuronowego ma zatrzymywać wodę w naskórku, zapewniając jedwabistą gładkość i matowe wykończenie bez efektu maski. Jak to wygląda w praktyce? Zaraz się dowiecie ;) 
Podkład mieści się w szklanej buteleczce o pojemności 30 ml. Wyposażona jest w pompkę, która sprawnie chodzi, nie zacina się i można wydobyć tyle produktu, ile potrzebujemy; szata graficzna całkiem przyjemna dla oka. Podkład musimy zużyć po otwarciu w ciągu 12 miesięcy. 
Podkład ma dość gęstą konsystencję, przez co mam wrażenie, szybciej zastyga. Trzeba dość szybko operować gąbką (czy czymkolwiek nakładacie podkład), aby nie zrobić plam. Kolor pearl beige to jaśniutki odcień o lekko różowych tonach, ale nie rzuca się to mocno w oczy. Jego krycie określiłabym lekkie w kierunku średniego. Ładnie wyrównuje koloryt, ale z większymi niedoskonałościami sobie nie poradzi. Zobaczycie na zdjęciach mojego Dżordża na brodzie, który musiał zostać przykryty za pomocą korektora :D Podkład dobrze się trzyma na buzi, ale to też zależy jakiego pudru używacie. Niestety w połączeniu z Bourjois healthy balance, który jest pudrem takim typowym dla cer suchych, okropnie się zważył i powchodził w zmarszczki mimiczne, ale już z pudrem ryżowym z Ecocera zostaje na swoim miejscu. Ładnie się prezentuje, nie wchodzi w zmarszczki, nie roluje się ani nie waży. W duecie z tym pudrem trzyma się cały dzień na mojej buzi i nie ściera się. Za to duży plus ;) Zgadzam się, że dopasowuje się do skóry, że tak powiem współpracuje z nią;) i wygląda naprawdę ładnie, ale nie uważam, żeby jego formuła była lekka. Lekka formuła to dla mnie True Match od L’Oreal. Nie, żeby to był jakiś minus;) Podkład efektu maski nie robi, w miarę ładnie kryje i na pewno jest dużo trwalszy od True Match, który pod koniec dnia się ściera i praktycznie nie ma po nim śladu. Co jeszcze mi się w nim podoba to to, że nie podkreśla suchych skórek, które u mnie są upierdliwe na czole. Mogę potwierdzić słowa producenta, że daje matowe wykończenie, ale jednocześnie jedwabiście wygląda i nie jest to płaski mat. 
Niżej macie zdjęcia. Na pierwszym jestem bez makijażu, na drugim podkład, a na trzecim już z korektorem pod oczami i przypudrowaną skórą. 
Przejdźmy do trio do konturowania. Jest to Ideal Face contouring cream, czyli produkty kremowe, z którymi na co dzień styczności nie mam. Raczej sięgam po pudrowe. Ogólnie trio jest przeznaczone według mnie do jasnych karnacji. Brązer ma całkiem ładny odcień. Ja go nakładałam od razu na podkład i wklepywałam gąbeczką. Wtedy wyglądało to naprawdę ładnie. Kości policzkowe były podkreślone. Rozświetlacz jest perłowy i możemy go również nałożyć na powiekę. Swatch nie oddaje jego uroku, bo na twarzy wyglądał fajnie i ciekawie. Postaram się to trio zużyć, aczkolwiek za kremowymi produktami nie przepadam. Brązer mi się podoba i rozświetlacz również, ale tego najjaśniejszego raczej używać nie będę. Ogólnie produkty mają konsystencję, którą bez problemu aplikuje się na mokrej skórze i nie ma problemu z roztarciem. Jeśli lubicie i preferujecie kremowe produkty to z pewnością z tym trio się polubicie ;) 
 Od lewej: pomada, trio
Kolejnym produktem jest tusz do rzęs Extra Long. Ucieszyłam się, gdy zobaczyłam silikonową szczoteczkę;) Kształtem przypomina tą w pielęgnacyjnym tuszu Long4Lashes -> klik. Jedną stroną maluję górne rzęsy, a drugą dolne. Niestety nie dostałam żadnych informacji o żadnym z kosmetyków, dlatego wnioskuję po nazwie, że jest to tusz wydłużający. Mamy 6 miesięcy na jego zużycie. Pojemność to 5 ml. Szata graficzna na plus, ma taki jakby ciemno szary lustrzany kolor.
Tusz ładnie rozdziela rzęsy i je wydłuża. Na moich nie wygląda to jakoś super, ale one są po prostu rzadkie i krótkie i do tego opadające. Z resztą same zobaczcie na zdjęciach, że bez tuszu wyglądają jakby ich nie było :P Dla mnie jest okej. Wydłużać wydłuża, ale u mnie przydałoby się jeszcze trochę je pogrubić. Oczywiście go zużyję, bo efekt mi się podoba. A do tego jest trwały i się nie osypuje, co dla mnie jest bardzo istotne i nie raz o tym wspominałam. Jeśli potrzebujecie jedynie wydłużenia rzęs to możecie się nim zainteresować. 
Ostatnim produktem jest pomada do brwi. Najlepsze zawsze na koniec ;) Już teraz nie wyobrażam sobie makijażu bez podkreślania brwi i od jakiegoś czasu używam tylko i wyłącznie pomad. Jak wiecie moją ulubioną jest ta z Wibo, ale rośnie jej konkurencja;) A mianowicie professional eyebrow pomade to naprawdę dobry produkt;) Otrzymałam odcień nr 200 Brown. Bałam się, że będzie za ciemny, ale nie potrzebnie. Pasuje idealnie. Są dostępne jeszcze jasny oraz ciemny brąz. Z łatwością się go aplikuje. Pomada się nie kruszy, jak to miało miejsce przy pomadzie z L'Oreal. Jest trwała, nie rozmazuje się i moim zdaniem wygląda super. Same oceńcie ;) A do tego ma aż 5g;)
Dajcie znać co Wam wpadło w oko :)
Znacie produkty Ingrid Cosmetics? Macie swoje ulubione?

Buziaki,
Ada.

moje letnie niezbędniki | rzeczy/kosmetyki, które towarzyszą mi przez wakacje

21 sierpnia 2018 | 50 komentarzy
Witajcie! 

Dzisiaj chciałam Wam trochę opowiedzieć o moich letnich niezbędnikach. O produktach, bez których nie mogłam się obejść w upalne dni. Małą ich namiastkę mieliście na Instagramie, na który serdecznie Was zapraszam -> klik. To co? Ciekawi?
Nie wiem jak Wy, ale latem nie wyobrażam sobie, aby nie mieć mgiełki do ciała. Są to tak fajne i przydatne produkty. Bardzo łatwe w aplikacji i dające efekt ochłodzenia. Moją ulubioną do ciała jest nawilżająca mgiełka kokos i aloes marki Bielenda. Przede wszystkim ma przepiękny, orzeźwiający zapach, który ja uwielbiam! Niesamowicie umila aplikację. Do tego nawilża na naprawdę dobrym poziomie. Z reguły nakładałam ją zaraz po wyjściu z wanny na wilgotną skórę. Dzięki temu była nawilżona i miękka. Zapach utrzymuje się na skórze jeszcze przez jakiś czas;) Na pewno się na nią ponownie zdecyduję, ale mam jeszcze w zapasie jedną mgiełkę z Biolove. Kolejnym produktem w formie mgiełki jest hydrolat aloes marki NaturalMe. Jak tylko pojawił się w Super-Pharm natychmiast musiałam go mieć. Markę bardzo lubię, mam inne ich produkty (o których niebawem pojawi się post), więc spodziewałam się dużo dobrego po tym produkcie. Generalnie zły nie jest - raczej aplikuję go na skórę twarzy, czasem na włosy zaraz po wyschnięciu. Na pewno hydrolat łagodzi skórę i odświeża, co bardzo cenie w produktach, ale wydaje mi się, że ściąga skórę i ją wysusza, ale z ostateczną opinią wstrzymam się jak buteleczka dobije dna. Zapach ma bardzo ładny, taki delikatny i nienachalny. Plus za krótki skład, ale o nim więcej w oddzielnym wpisie. Kolejny produkt, który mam zawsze przy sobie, gdy wychodzę z domu to odświeżająca mgiełka do twarzy dla cer suchych firmy Inglot. Niesamowicie uwielbiam jak produkty ładnie pachną i ta mgiełka ma zapach obłędny! Taki mega odświeżający, kwiatowy, no śliczny♥♥ Używałam jej na różne sposoby - przed makijażem, na makijaż, w dni, w których w ogóle nie nakładałam podkładu ani innych kosmetyków. Pod każdym względem sprawdza się naprawdę super! Jedynym jej minusem może być wydajność, ponieważ pojemność mgiełki wynosi zaledwie 50 ml i szybko się ją zużywa. Ja już mam połowę butelki. Jakbym jej używałam codziennie to na dany moment butelka byłaby pusta ;) Do zabrania w torebkę wielkość idealna, ale uważam, że producent powinien wprowadzić jeszcze pojemność 100 ml bądź 150 ml ;) Nie wiem czy wiecie (podczas pisania postu to odkryłam), ale mgiełka obecnie online kosztuje niecałe 11 zł!!! (regularna 27 zł). Jeśli lubicie ten produkt bądź zachęciłam Was do zakupu koniecznie łapcie okazję!
Latem, w upale dni cenię sobie ochronę. Wysokie temperatury dały się nam we znaki (ja je osobiście uwielbiam i dla mnie przez cały rok na zmianę mogłyby być lato z wiosną). Trzydziestostopniowe upały sprawiają, że bardziej się pocimy, więc chcemy w takie dni czuć się komfortowo i świeżo. I to zapewnia mi kulka Vichy, którą używam już długi czas i uważam, że to najlepszy antyperspirant. Swoje musimy za niego zapłacić (ok. 30-35 zł, często w promocji za 20 zł), niektórzy słysząc taką cenę za antyperspirant łapią się za głowę i generalnie nie uważam, że droższe znaczy lepsze, ale akurat w tym przypadku wiem, że cena idzie za jakością. Kulka chroni mnie przez cały dzień, dzięki czemu czuję komfort i nie martwię się nieprzyjemnym zapachem. Produkt nie brudzi ubrań i jest baaardzo wydajny. Ma delikatny, trochę taki apteczny zapach, ale on absolutnie mi nie przeszkadza. Także jak nadal szukacie ideału w tym temacie, to polecam zapoznać się z tym produktem.
Kto lubi ciężkie i treściwe konsystencje latem ręka w górę! Ja sobie nie wyobrażam nakładać takich produktów na ciało w takie temperatury. Raz na jakiś czas, gdy nadejdą chłodne wieczory, owszem. Nie mam nic przeciwko. Ale podczas fali upałów cenię sobie lekkie, szybko wchłaniające się konsystencje. Dlatego też moim niezawodnym hitem ostatnio jest mleczko do ciała mango i kolendra od Yves RocherJuż Wam o nim pisałam oddzielną recenzję (klik), także tylko krótko wspomnę, że ma nieziemski zapach, iście wakacyjny, leciutką konsystencję, która szybko się wchłania i zarazem świetnie nawilża i odżywia skórę oraz bardzo dobrze się je aplikuje. Na 100% zdecyduję się na kolejną sztukę, tyle, że na większą pojemność z pompką. Są dostępne również inne wersje zapachowe, których też jestem ciekawa, ale coś czuję, że tej nic nie przebije;) 
Odbiegając od kosmetyków, rzeczą bez której nie wyobrażam sobie lata są zdecydowanie okulary przeciwsłoneczne. Ja właściwie nie rozstaję się z nimi również jesienią czy zimą, kiedy wyjdzie słońce, ponieważ mam dość wrażliwe oczy i zaraz bolą mnie i oczy i głowa. Stawiam z reguły na duże okulary-muchy i egzemplarz po lewej kupiłam w sklepie Sinsay. Mają tam tanie i naprawdę ładne sztuki. Drugie z kolei zamówiłam na Aliexpress, które wyglądają przepięknie, ale niestety czuć, że to chińszczyzna. Są, że tak powiem, takie luźne i niezbyt stabilne. Mam wrażenie, że zaraz się rozlecą ;P Dlatego też rzadziej po nie sięgam. To zależy też w co danego dnia jestem ubrana i które lepiej pasują;) Zważywszy na to, że mam ostatnio trochę więcej czasu, postanowiłam nadrobić z książkami, które trochę odpuściłam w roku akademickim. A po dokończeniu pozycji Tęsknię za tobą Harlana Cobena (którą zaczęłam z parę miesięcy temu i dopiero teraz miałam czas, żeby ją skończyć) przypomniałam sobie jak ja bardzo lubię czytać książki. Uwielbiam wręcz! Zwłaszcza mojego ulubionego autora Harlana Cobena. Powoli gromadzę swoją własną kolekcję. Obecnie czytam Nieznajomego, bardzo się wkręciłam i czytam każdego wieczoru w łóżku, też dlatego, żeby się wyciszyć i nie siedzieć przed samym pójściem spać w telefonie. Kolejne pozycje, które czekają na mnie to Skin Coach Bożeny Społowicz, którą już zaczęłam jakiś czas temu, a także stosunkowa nowość u mnie Skóra. Azjatycka pielęgnacja po polsku Barbary Kwiatkowskiej. Mam co czytać i chcę się wyrobić przed końcem sierpnia, ponieważ wyjeżdżam do Warszawy. W jakim celu zdradzę na Instagramie pewnie przed samą podróżą, także warto zaobserwować mój profil, aby być na bieżąco ;) Bez czego jeszcze nie wyobrażam sobie lata? Bez dobrej muzyki!♫ Towarzyszy mi ona codziennie i wprawia mnie w dobry nastrój, dlatego nie ma opcji, żebym wyszła z domu bez słuchawek. Oprócz dousznych iphonowskich, mam jeszcze nauszne różowe Sony, które są świetnej jakości i do tego stanowią fajny element stroju.
Na koniec chcę Wam jeszcze pokazać produkty do ust, które najczęściej ostatnio u mnie lądują. To, że w tym zestawieniu pojawiła się MAC Mehr i Maybelline Smoky Rose nikogo chyba nie dziwi;) Jakiś czas temu na blogu pojawiło się porównanie tych dwóch pomadek (klik). Odcień brudnego różu jest jednak moim ulubionym, co nie oznacza, że inne kolory odrzuciłam. Ukochałam sobie pomadkę Sensique w odcieniu 227 coral peach, która ma satynowe wykończenie i dobrze leży na ustach. Jest to taki soczysty, wakacyjny kolor. Ma delikatnie pomarańczowe tony, których ja z reguły unikam, ale ten wyjątkowo przypadł mi do gustu. TU możecie zobaczyć jak wygląda na ustach. Oprócz tych pomadek sięgam ostatnio po błyszczyk, również z Sensique. Nie używałam ich bodajże od gimnazjum, ponieważ nie są to produkty, które ja lubię. Jednak ten wyjątkowo mi się spodobał. Ma ładny, delikatny odcień różu i pięknie wypełnia usta. Jest to odcień 112 dusty rose i możecie więcej o nim poczytać w poście, który podlinkowałam Wam wyżej. 


A Wy bez czego nie wyobrażacie sobie lata? Macie jakieś swoje ulubione produkty? ;)

Chciałam Wam jeszcze powiedzieć, że blog obchodzi dzisiaj 4 urodziny! Dziękuję, że jesteście ze mną♥

Całuję, 
Ada.

zestawienie moich pudrów rozświetlających | MAC | dr Irena Eris | Sensique | Wibo | Lovely |

15 sierpnia 2018 | 45 komentarzy
Cześć!

Dzisiaj chciałam Wam opowiedzieć o moich pudrach rozświetlających, które są jednym z moich ulubionych elementów makijażu. Pojawią się i tańsze i droższe propozycje. Ciekawych zapraszam dalej ;)
Zaczniemy od najdroższego produktu, którym jest Mineralize Skinfinish marki Mac Cosmetics. Jak widać jest niestety w opłakanym stanie. Spadł mi kiedyś na kafelki w łazience. Na szczęście nie rozsypał się w drobny mak, tylko pękł na dwie większe części. Dzięki czemu mogę z niego korzystać (tutaj macie recenzję i możecie zobaczyć go w całości). 
Powiem Wam, że ja z kosmetykami MAC mam zawsze jakiegoś pecha. Korektor Pro Longwear też mi spadł na kafelki i cały się potłukł (recenzja) i płynna pomadka Liquid Lipcolour również mi spadła, ale na szczęście się cała nie rozwaliła, tylko pękła w takim miejscu, że mogę jej używać (recenzja). No cóż... nie jest mi dane mieć droższe kosmetyki :D

Co do rozświetlacza, sprawa wygląda tak, że to był nie planowany zakup. Poszłam do stoiska Mac z myślą o kupnie korektora, a jak już tam byłam to postanowiłam zobaczyć na żywo jak wygląda rozświetlacz w odcieciu soft & gentle, o którym się naczytałam w Internetach. No i przepadłam! Tak mnie zachwycił, że mówię dobra czemu nie? I czym prędzej pobiegłam do kasy, żeby się nie rozmyślić ;P Zakupu nie żałuję, ponieważ jest bardzo wydajny i warto było wydać na niego taką kwotę. Jest nieco ciemniejszy, niż inne które posiadam, ale ja go uwielbiam! Posiada przepiękne drobinki, powiedziałabym, że trochę nachalne, ale mi się bardzo podoba ogólny efekt. W słońcu prezentuje się bosko! 

Cena: 140 zł
Kolejnym produktem jest Sun Shimmer od dr Ireny Eris. Jest to taki opalizujący puder rozświetlający, który nadaje cerze ciepły blask. Daje subtelny i delikatny efekt. Jako jedyny nie posiada drobinek. Od razu mi się spodobał, gdy tylko go zobaczyłam, ale trochę chodziłam koło niego zanim zdecydowałam się na zakup ;P Rzuciła mi się w oczy ta przepiękna mozaika, która mimo zużycia nadal ładnie się prezentuje. Jedynie napis ProVoke lekko się zatarł. Poza tym przepięknie pachnie, jak wszystkie produkty do makijażu od dr Ireny Eris. Dzięki tym detalom wiem, że mam do czynienia z produktem luksusowym. Ja go kupiłam na promocji -50% jak jeszcze były dostępne w drogeriach Super-Pharm. 

Cena: 65 zł 
Sensitive Skin Highlighting Loose Powder oraz Highlighting Powder to nowości u mnie, które dostałam w paczce od Drogerii Natura (pisałam o niej tutaj). Oba zachwyciły mnie od pierwszego użycia. Sypki można śmiało używać do całego ciała. Na opalonej skórze wygląda to obłędnie! Ja osobiście lubię takie rozświetlenie ;) Na zdjęciu wyraźnie widać, że jest różowy-złoty. Można go spokojnie nazwać rose gold. 
Ten w kompakcie z kolei Daniel Sobieśniewski na swoim Instagramie porównał do o wiele droższego produktu. A mianowicie do Amrezy ABH (150 zł) -> klik. Jest przepiękny! Cieszę się, że do mnie trafił, bo obawiam się, że po tym porównaniu będą wszędzie wykupione ;D Daje piękną taflę, jest bardzo mocno napigmentowany i można z nim przesadzić;) Z resztą same spójrzcie na swatch. Wystarczy jedno pociągnięcie i już jest mocno widoczny. Ja jestem zakochana ;)

Cena: 15, 99 zł (w kompakcie), 16, 99 zł (sypki)
I dwie ostatnie pozycje należące do tych najtańszych to Wibo Diamond Illuminator oraz Lovely Gold Highlighter. Ten drugi nie wygląda zbyt dobrze, ale tym razem to nie moja niezdarność, a po prostu ucierpiał w czasie podróży w kosmetyczce ;/ Zastanawiałam się czy kupić nowy egzemplarz, a ten po prostu wyrzucić. 
Produkt daje rozświetlenie w ciepłej tonacji, które ja właśnie preferuję. Jest mocno napigmentowany i wcale nie blednie w ciągu dnia. Podobnie jak ten z Wibo. One są właściwie bardzo podobne do siebie. W końcu to jeden producent ;) Oba przepięknie wyglądają na skórze. Gdybym nie wiedziała ile kosztują dałabym im dużo wyższą cenę ;) 

Cena: 10, 89 zł (Wibo), 10, 59 zł (Lovely).
Tak wygląda moja kolekcja rozświetlających pudrów. Ciekawa jestem ile Wy ich posiadacie i czy znacie któryś z przeze mnie prezentowanych ;) Lubicie w ogóle rozświetlacze czy możecie się bez nich obejść?

Czekam na Wasze opinie ;)
Całuję,
A.


SZABLON BY: PANNA VEJJS.