Keratin Therapy Lisse Design Alfaparf Milano | odżywka i szampon - duety wygładzający

12 kwietnia 2019 | 11 komentarzy
Hej ! 

Już mijają ponad 3 tygodnie odkąd używam produktów do włosów Alfaparf Milano, które otrzymałam w ramach współpracy ze stroną hairstore.pl Są to odżywka i szampon, które mają podtrzymać efekt wygładzenia. Do tego dostałam jeszcze suchy szampon i lakier do włosów. Ciekawych mojej opinii zapraszam do dalszej części wpisu :)
OBIETNICE PRODUCENTA 

SZAMPON - szampon to podstawa każdej pielęgnacji, również w przypadku włosów po prostowaniu keratynowym. W bardzo delikatny sposób oczyści twoje włosy, przedłuży działanie kosmetyków zastosowanych w trakcie prostowania oraz nada włosom miękkości i blasku. W jego składzie znajduje się keratyna i dobroczynny olejek Babassu. Włosy bardzo łatwo się rozczesują i są podatne na modelowanie. Oprócz tego produkt nie zawiera silikonów, parabenów i soli. 

ODŻYWKA - po wykonaniu zabiegu keratynowego prostowania włosów Lisse Design należy zaopatrzyć się w odpowiednie kosmetyki do pielęgnacji domowej. Odżywka stworzona została w formule kremu. Delikatnie nawilża włosy, przedłuża i podtrzymuje działanie usługi. W skład wchodzi keratyna, olej Babassu. W efekcie włosy są miękkie, błyszczące oraz bardzo łatwo się rozczesują. Produkt nie zawiera parabenów, siarczanów i soli. Jest bardzo delikatny. 
Oba produkty zamknięte są w płaskich buteleczkach, przez co wyglądają na mało stabilne, ale o dziwo nie przewracały się na półce w łazience. Oba zamykane na klik, porządny, ale nie było problemu, żeby otworzyć, nawet mokrymi rękami. I odżywka i szampon mają pojemność 250 ml. Od otwarcia ważne są 12 miesięcy. Szampon w regularnej cenie kosztuje 57, 20 zł, a odżywka 69, 99 zł. Widzę, że teraz na stronie hairstore.pl jest -30% na te produkty. 

Szampon ma lejącą konsystencję, perłową. W ogóle pięknie, słodko pachnie. Czuć zapach kosmetyków profesjonalnych, trochę jak u fryzjera ;) Szampon dobrze się pieni, co ja akurat lubię, bo nie pieniące się produkty plączą mi okropnie włosy. Już podczas spłukiwania czuć jakie włosy są miękkie i wygładzone. Serio! Napomnę jeszcze, że ja keratynowego prostowania nie miałam, więc do tego się nie odniosę, ale oczywiście oba produkty są też przeznaczone dla osób, które nie poddawały włosy temu zabiegowi, a po prostu potrzebują wygładzenia. Nie miałam absolutnie żadnego problemu z rozczesaniem włosów. Stały się takie miękkie, nawilżone, jedwabiste. Naprawdę jestem zaskoczona działaniem. Może minimalnie obciąża mi włosy, bo moje po prostu są z natury oklapnięte, ale zaczęłam go po jakimś czasie po prostu stosować na samą długość włosa, a skórę głowy myłam innym produktem. Włosy są tak wygładzone, jak po wyjściu od fryzjera. 

Jeśli chodzi o odżywkę jest ona idealnym dopełnieniem. Wzmacnia i przedłuża ten efekt wygładzenia. Jest dość zbita, nie ma problemu z rozprowadzeniem na długości włosów. Należy zostawić ją na 3 minuty i następnie dokładnie spłukać. Dla osób, które mają puszące się włosy, suche, będzie to na pewno miłe zaskoczenie. Włosy są takie wygładzone, że mogłabym je tak cały czas przeczesywać w trakcie spłukiwania, bo były takie mięciutkie i miłe w dotyku. Szampon w duecie z odżywką zapanowały nieco nad moimi baby hair, które lubią odstawać we wszystkie możliwe strony ;) 
Na koniec chcę Wam jeszcze wspomnieć parę słów o lakierze i suchym szamponie w wersji travel. Oba produkty pochodzą z tej samej firmy co poprzedni duet. Suchy szampon teksturyzujący oraz nabłyszczający, mocno utrwalający lakier do włosów. Szampon ma pojemność 75 ml, lakier 100 ml. 

OBIETNICE PRODUCENTA 

SZAMPON - kosmetyk nie dość, że pochłania nadmiar sebum, to jeszcze świetnie unosi włosy u nasady i zapewnia włosom przyjemny zapach. Swoje działanie opiera na formule Moringa Oleifera, która ma właściwości termoochronne i neutralizuje nieprzyjemny zapach. Ponadto produkt zawiera składniki, które są aktywowane ciepłem i chronią przed aktywnością wolnych rodników. Co istotne - suchy szampon pozwala usunąć nadmiar środków do stylizacji z włosów - nie ma konieczności ich mycia na mokro. Można po niego sięgnąć, gdy przypadkiem nałożysz za dużo kosmetyków do stylizacji albo chcesz zmienić szybko już utrwaloną fryzurę. 

LAKIER DO WŁOSÓW - sprawi, że twoje włosy będą doskonale utrwalone, ale pozostaną w ruchu. Ponadto kosmetyk świetnie nabłyszcza włosy. Można uznać, że produkt ten stanowi szczęśliwe zakończenie całej stylizacji i wieńczy jej efekty. Swoje działania opiera na formule Moringa Oleifera, która ma właściwości termoochronne i neutralizuje nieprzyjemny zapach. Ponadto produkt zawiera składniki, które są aktywowane ciepłem i chronią przed aktywnością wolnych rodników. 


Jak widzicie oba produkty działają podobnie. Suchy szampon ma nas ratować w momencie kiedy nasze włosy nie wyglądają zbyt świeżo i ma dawać efekt umytych włosów. Ponadto nadać objętości i piękny zapach. Mogę się z tym zgodzić w przypadku tego produktu. Ma naprawdę przyjemny, delikatny zapach, unosi włosy u nasady, dzięki czemu nie są oklapnięte i po prostu znika efekt tłustych i przylizanych włosów. Czasem używałam nawet w dni, w których moje włosy nie były tłuste, ale po prostu potrzebowały objętości. Miały gorszy dzień ;) Lubię takie mniejsze pojemności, bo mogę zawsze zabrać w podróż, nie zajmują dużo miejsca, a na wyjeździe może się przydać. 

Jeśli chodzi o lakier do włosów, na co dzień nie używam takich produktów, ale chociaż jeden w domu zawsze mam. Z reguły idzie w ruch kiedy gdzieś wychodzę wieczorem i zrobię jakieś loki czy fale czy cokolwiek innego co potrzebuje utrwalenia. Ostatnio sobie nim podniosłam objętość włosów. Wzięłam głowę na dół i po prostu spryskałam lakierem włosy. Absolutnie ich nie skleja, daje fajny efekt uniesionych włosów, ale niestety zbyt długo się nie utrzymał. Moje włosy są odporne chyba na działanie takich produktów. Są jakieś takie na maksa dociążone, że nawet jak chcę je unieść, to efekt jest, ale chwilowy ;) 

Co nie zmienia faktu, że to są dobre produkty i myślę, że warto się nimi zainteresować :) Nie znałam wcześniej tej marki, ale bardzo się cieszę, że miałam okazję je wypróbować. Jeśli miałabym się ponownie decydować na któryś z tych produktów to pewnie byłaby to odżywka wygładzająca. Myślę, że dla moich włosów jest wystarczająca. Po niej będą już wystarczająco gładkie i miękkie. Szamponem, tak jak wcześniej wspominałam, skóry głowy myć nie mogę, bo po prostu mam przyklap wtedy ;) Jeśli macie problem z okiełznaniem swoich niesfornych włosów to zdecydowanie zainteresujcie się tymi produktami. Ja je szczerze polecam ;) 

Co ciekawego Wy stosujecie do włosów? 
Znacie markę Alfaparf Milano?

Buziaki,
Ada ♥

SinSkin | róż do policzków | kosmetyki do makijażu

22 marca 2019 | 22 komentarze
Hej ! ♥

Mamy piątek, piątunio! Ja jeszcze jutro do pracy, ale wieczorem wychodzę na miasto, a w niedzielę będę się lenić :) Dzisiaj mam dla Was recenzję produktu do makijażu, a mianowicie jest to róż do policzków marki SinSkin. Może moja opinia komuś pomoże przy wyborze kosmetyków na zbliżającej się promocji w Rossmannie. 

Róż ten kupiłam na którejś własnie promocji -55% w Rossmannie. SinSkin była marką, która dopiero co pojawiła się w drogeriach Rossmann. Bardzo byłam ciekawa ich produktów, ale do najtańszej półki cenowej nie należy. Jego cena regularna na stronie Rossmanna wynosi 84, 99 zł. Wybrałam odcień 031 Treasured.
Róż zamknięty jest w plastikowej, kwadratowej puderniczce z lusterkiem, zamykanej na klik. U góry widnieje logo marki. Szata osobiście mi się podoba, klasyczna, elegancka, powiedziałabym nawet, że wygląda dość ekskluzywnie. Plastik jest porządny, zamykanie również. Pomimo częstego użytkowania opakowanie dalej wygląda ładnie, może trochę się rysuje, ale aż tak tego nie widać. 

Róż jest wypiekany, a wszyscy wiemy, że wypiekane produkty są bardzo wydajne. Produkt dobrze nabiera się na pędzel i bez problemu osiada na skórze. Jest to taki różowiutki odcień, bardzo dziewczęcy, z delikatnymi drobinkami rozświetlającymi. Są niemalże niewidoczne. Buzia od razu wygląda na wypoczętą, świeżą, zdrową. Idealny odcień na zbliżającą się wiosnę. Od jakiegoś czasu namiętnie go używam i naprawdę podoba mi się uzyskany nim efekt. 
Produkt jest naprawdę trwały. Nie ściera się, utrzymuje cały dzień. Ja należę do tych osób, które pomalują się rano i przez cały dzień nie zaglądają do lusterka, dlatego też zależy mi na kosmetykach, które pod koniec dnia będą na swoim miejscu. I ten produkt, do takich należy. 

Wiem, że wiele osób w ogóle nie nakłada różu i ja też kiedyś należałam do tych osób, ale gdy zaczęłam odkrywać tajniki makijażu kupiłam swój pierwszy róż do policzków i bardzo spodobał mi się efekt jaki daje. Róż SinSkin nadaje się idealnie na co dzień. Na wieczorne wyjścia sięgam po ciemniejsze odcienie, takie które dają bardziej spektakularny efekt.
Produkt znajdziecie tak jak wspominałam w Rossmannie. W cenie regularnej jest dość drogi, ale myślę, że drogeria szykuje niebawem jakąś super promocję, jak zawsze, więc warto zapoznać się z asortymentem SinSkin. 

Znacie markę? Miałyście jakiś produkt? Używacie w ogóle róży do policzków, macie swój ulubiony?

Buziaki,
Ada.

ulubieńcy ostatnich miesięcy | kosmetyczni i niekosmetyczni

17 marca 2019 | 20 komentarzy
Hej ! Witam się z Wami w niedzielę ;) Plus pracowania w handlu - większość niedziel w miesiącu wolnych. Choć słyszałam, że mają to znieść i niezbyt mi się to podoba :(

Dzisiaj chciałam Wam opowiedzieć trochę o moich ulubionych produktach kosmetycznych minionych miesięcy, które towarzyszyły mi każdego dnia. Pokażę Wam również świecę, bez której nie wyobrażam sobie wieczorów pod kocem z kubkiem herbaty w ręku, opowiem o książce, którą ostatnio przeczytałam oraz wspomnę parę słów o serialu ;) Będzie też coś do makijażu! 
Wszystkich ciekawych zapraszam do dalszej części wpisu! I oczywiście zaglądajcie na mój profil na Instagramie -> klik
Zimą moja skóra jest bardzo przesuszona, zwłaszcza na dłoniach. Bywa, że piecze, swędzi i niestety pęka. Wszystkie kremy do rąk jakie miałam poszły w odstawkę, bo były za lekkie, za mało nawilżające. Pani w aptece poleciła mi regenerujący krem do skóry suchej i bardzo suchej Lipikar Xerand. I właśnie ten krem ratował moją skórę dłoni w mroźne dni. Tubka ze zdjęcia to już moja druga w ciągu dwóch miesięcy. Nigdy nie zużyłam tak szybko kremu do rąk, ale miałam go cały czas przy sobie i używałam, gdy tylko moja skóra tego potrzebowała. Krem łagodził ją, mocno nawilżał i odżywiał. Ma lekką konsystencję, która nie wchłania się zupełnie. Zostawia taką delikatną warstwę, która mi akurat odpowiadała, bo moja skóra jest naprawdę sucha i potrzebowała tej ochronnej powłoki. Bardzo fajnie też chroniła skórę przed czynnikami drażniącymi. Tubka mieści w sobie 50 ml i kosztuje ok. 20-30 zł w zależności gdzie się zaopatrujecie w produkty apteczne. Ja jestem nim absolutnie zachwycona i był moim must have w ostatnich miesiącach i nadal jest, póki zimne dni nie odejdą ;)
Łagodzący tonik z firmy Vianek dorwałam z gazetą Zwierciadło w grudniu. Potrzebowałam toniku na już i nie miałam czasu za bardzo na research, więc wzięłam ten. Już dawno chciałam wypróbować kosmetyki tej firmy, więc stwierdziłam, że to dobry początek. I był to dobry wybór. Po pierwsze - atomizer. Tak się już przyzwyczaiłam do toników psikanych, że ciężko jest mi się przerzucić na takie bez (np. Pixi Glow, którego używam wieczorem, muszę wylewać na wacik). Po drugie bardzo ładny, różany zapach. Ja go używam codziennie rano. Świetnie odświeża skórę, tonizuje, pobudza. Jest przeznaczony do skóry wrażliwej, podrażnionej - za co jest odpowiedzialna w składzie alantoina. Działa dodatkowo ochronnie, dzięki zawartym w składzie alginianie sodu oraz jest antyoksydantem (kwas laktobionowy). Bardzo się z nim polubiłam. Widzę poprawę w jakości mojej skóry - jest ona miękka, nawilżona, bardziej elastyczna i taka uspokojona. Naprawdę działa łagodząco 
Generalnie fanką długich kąpieli nigdy nie byłam, ale odkąd mam wannę zostałam do tego zmuszona ;) Nie lubię brać prysznica w wannie, tym bardziej zimą, bo jest mi po prostu zimno, więc codziennie napełniam wannę i się w niej wyleguję. I powiem Wam, że mi się to spodobało ;) Zwłaszcza po całym dniu w pracy. Żeby było jeszcze przyjemniej zaczęłam kupować różnego rodzaju umilacze do kąpieli - kule, sole, płyny. Najbardziej jednak ukochałam sobie olejek do kąpieli Stress Relief z Bath and Body Works o zapachu eukaliptusa i zielonej mięty. Jest to seria Aromaterapia, która ma działać zarówno na ciało jak i na zmysły. Na początku nie do końca mi pasowało to połączenie zapachowe, ale z czasem zaczęłam się do niego przekonywać. Nie raz Wam go pokazywałam na IG. Gorąca kąpiel z tym olejkiem to absolutnie domowe SPA! Olejek robi delikatną, aksamitną pianę, przepięknie bosko pachnie i wprawia w taki miły nastrój. Kąpiel z dodatkiem tego olejku jest tak relaksująca, odprężająca i uspakajająca. Jestem absolutnie zakochana w tym produkcie i na pewno kupię go ponownie, gdy ten mi się skończy! 
Pomadka Maybelline Color Sensational Matte w kolorze 987 Smoky Rose miała już swoje 5 minut na blogu, kiedy porównywałam ją do dużo droższej pomadki z Maca. Odsyłam do recenzji -> klik. Nadal ją uwielbiam, mam praktycznie zawsze przy sobie. Kocham ten kolor! Pasuje właściwie do każdego makijażu i kiedy nie wiem co nałożyć na usta to wybieram właśnie ten odcień. Pomadka jest kremowa, gładko sunie po ustach, wypełnia je i cudownie podkreśla, jest trwała i nie wysusza. I do tego jest tania jak barszcz. Kosztuje w cenie regularnej jakieś 30 zł, ja dorwałam ją za połowę ceny;) Koniecznie zajrzyjcie do postu, który Wam podlinkowalam wyżej. Tam znajdziecie swatche i zdjęcie jak wyglądają obie pomadki na ustach! Zapraszam :)
To, że jestem świecomianiakiem wiedzą wszyscy ;) Uwielbiam je! Jak nie wiadomo co mi kupić na urodziny czy Święta kupcie mi świece - będę zadowolona! Moją ulubioną ostatnio jest świeca z Bath and Body Works z serii Aromaterapia o nazwie Focus. Połączenie zapachowe to eukaliptus i herbata. Nawet mojemu chłopakowi bardzo odpowiadała, ponieważ on lubi takie herbaciane zapachy. Świeca naprawdę mocno pachnie po rozpaleniu. Zapach unosi się w całym mieszkaniu. Nie jest ciężki ani męczący tylko własnie relaksujący i uspakajający. To jest mój ulubiony zapach z Aromaterapii. Mam też z tego zapachu mgiełkę do pościeli i masło do ciała. Na pewno Wam o nich opowiem w oddzielnej recenzji. TUTAJ macie wpis o innych produktach tej marki - kto przegapił to zapraszam ;) Wracając do świecy posiada ona 3 knoty i jest zrobiona z wosku sojowego. Za takie cudo musimy zapłacić niemały pieniądz bo aż 119 zł, ale warto polować na promocję. Ja swoją kupiłam za 65 zł. 
Bardzo lubię czytać książki, ale nie zawsze mam na to czas. Ale jak już się wkręcę w jakąś to ciężko mnie odciągnąć. Od siostry na Święta dostałam trzy książki autorki Magdaleny Stachuli - Idealna, Trzecia i W Pułapce. Są to thrillery psychologiczne, które ostatnio bardzo polubiłam. Właśnie skończyłam Idealną i była tak dobra, że z chęcią przeczytam kolejne. Historia opowiada o kobiecie, która bardzo pragnie mieć dziecko, długo nie może zajść w ciążę i przez to zaczyna sypać się jej małżeństwo. Praktycznie nie wychodzi z domu, a z czasem zaczynają się dziać dziwne rzeczy wokół niej. Mąż bohaterki wdaje się w romans, ale jak się okazuje z nieprzypadkową kobietą. Dużo różnych rzeczy wychodzi z czasem na jaw. Jeśli jesteście fankami kryminałów psychologicznych to sięgnijcie po tą pozycję. Myślę, że Wam się spodoba. Jestem ciekawa kolejnych części. 
I na sam koniec chciałam krótko wspomnieć o serialu, który ostatnio obejrzałam na Netflixie. A mianowicie jest to The Umbrella Academy. Fanką fantastyki nie jestem, ale ten wyjątkowo mi się podobał. Bardzo fajnie jest nagrany, czułam się jakbym oglądała film i do tego świetna obsada. Dużo emocji na raz - najpierw się śmiejesz, za chwilę wzruszasz, jesteś zaskoczona, a potem trochę wściekła. Raz robisz : awwww, a za chwilę : o mój boże ! Serio! To cała ja jak oglądałam ten serial :D Ma 10 odcinków, więc podejrzewam, że co niektórzy pochłoną go w jeden bądź dwa wieczory ;)


Na dzisiaj to wszystko. Dajcie koniecznie znać jacy są Wasi ulubieńcy. Jestem ich bardzo ciekawa ! 
Znacie któryś z produktów, które Wam przedstawiłam? Oglądaliście The Umbrella Academy? ;)

Buziaki,
Ada.

Bath and Body Works | produkty do pielęgnacji ciała | fragrance & fun !

5 marca 2019 | 21 komentarzy
Hej hej ! 

Póki nie zaczęłam pracować w sklepie Bath and Body Works nigdy wcześniej z marką styczności nie miałam. Samą nazwę kojarzę, bo młodsza siostra mi wspominała, ale produktów nie znałam. Nie wiedziałam co maja w asortymencie. Może też dlatego, że do września zeszłego roku sklepy były tylko i wyłącznie w Warszawie. A ja nie jestem jedną z tych osób, które pojadą specjalnie do stolicy po kosmetyki czy ciuchy, bo u mnie tego nie ma, a ja koniecznie muszę mieć.

Cieszę się, że marka się rozwija i już teraz są otwarte 3 sklepy poza Warszawą - Gdańsk, Kraków i Katowice i że miałam okazję ją poznać. Mają w asortymencie naprawdę świetne produkty, nie tylko do pielęgnacji ciała, ale również zapachy do domu. Gdy pierwszy raz weszłam do sklepu w Warszawie, po godzinie miałam już taki ból głowy od tych wszystkich zapachów. Naprawdę można tam zgłupieć ;P Trzeba trochę czasu poświęcić na poznanie produktów, powąchanie chociaż ich części, bo wszystkich na raz nie da rady.
Moim pierwszym produktem, który kupiłam w tym sklepie była mgiełka. Po długich poszukiwaniach padło na A thousand wishes. Wspominałam Wam o niej w ulubieńcach/odkryciach pielęgnacyjnych (obiecuję, że makijażowe też się pojawią) -> klik. Jest to zapach należący do tych słodkich, takich perfumowanych. W składzie ma różowe Prossecco, peonię, bursztyn oraz pigwę. Jak na mgiełki utrzymują się całkiem długo. Może nie tyle co perfumy, ale tak do 5-7 h na pewno. A na ubraniach znacznie dłużej ;) Wszystkie mgiełki są zamknięte w plastikowych butelkach o pojemności 236 ml. Kosztują 99 zł, ale warto polować na nie na promocji. Ja swoją kupiłam za 35 zł we wrześniu, gdy byłam na szkoleniu w Warszawie. Nie często zdarzają się takie obniżki i nie trwają długo (zwykle 2-3 dni), więc warto wtedy się w nie zaopatrzyć. Są naprawdę wydajne i przepięknie pachną. Ideą marki jest przede wszystkim zapach. Nie znajdziecie nigdzie takich połączeń zapachowych. Dlatego jest to sklep dla każdego - każdy znajdzie na pewno ten swój ulubiony zapach, z którym będzie miał miłe wspomnienia, do którego będzie miał sentyment. Mi mgiełka A thousand wishes będzie się już tylko kojarzyć z Warszawą, ze szkoleniem, z czasem spędzonym ze świetnymi dziewczynami, z którymi świetnie się bawiłam przez te prawie 3 tygodnie♥♥ Ale okej, trochę odbiegam od tematu ;)

Kolejna mgiełka, która się u mnie pojawiła to Violet Plum (której niestety nie ma na zdjęciu, bo została w domu rodzinnym :/). Jest to zapach z kolekcji jesiennej i mimo, że za ciężkimi zapachami nigdy nie przepadałam ten mi tak przypadł do gustu. Zakochałam się od pierwszego powąchania ;) Jest to połączenie cukrowych śliwek, fiołków i nut drzewnych. Ma naprawdę ciekawy i oryginalny zapach. Tę z kolei kupiłam na wyprzedaży za 45 zł. Zapach na tyle mi się spodobał, że dobrałam sobie do niego jeszcze krem do ciała. Jest to chyba moja ulubiona forma mazidła do ciała. Ma gęstą konsystencję, dobrze się wchłania i zapewnia 24-godzinne nawilżenie. Zawiera w składzie masło shea. Tubka ma pojemność 226 ml i kosztuje 79 zł. Ale np. w weekend 22-24.03. wszystkie balsamy, masła i kremy do ciała były za 25 zł :) Także uwierzcie nie trzeba tracić w tym sklepie fortuny. Chociaż czasem można, bo sklep naprawdę uzależnia;) Wiem sama po sobie ;) Wracając do kremu, dodam jeszcze, że nasmarowanie się nim, po czym popsikanie mgiełką o tym samym zapachu, wzmacnia trwałość i intensywność zapachu.
Oprócz mgiełek i kremów pojawiły się u mnie też żele pod prysznic. Póki co przetestowałam 2 warianty zapachowe + jeden męski dla mojego mężczyzny. Oba zapachy pochodzą z jesiennej kolekcji - Crisp Orchard Leaves oraz Champagne Apple & Honey (który jak widać prawie sięgnął dna). Co je wyróżnia oprócz oczywiście nieziemskiego zapachu? Świetnie się pienią, a wystarczy naprawdę odrobinka. Mają niestety w składzie znienawidzone SLS-y, ale powiem Wam, że nie odczuwam jakoś, żeby wysuszały mi skórę, a ja jestem posiadaczką bardzo suchej skóry. Mają w składzie przede wszystkim witaminę E, aloes oraz olej kokosowy. Mi SLS-y nie służą jedynie w szamponach, bo potrafią mi podrażnić skórę głowy. Można ich z powodzeniem używać jako płyn do kąpieli, bo naprawdę pianę robią wybitną :D Jeśli chodzi o Champagne Apple & Honey jest to bardzo słodki zapach, otulający dzięki połączeniu soczystej mieszanki różowego jabłka, musującego szampana, słodkiego jaśminowego miodu oraz jesiennych czystych lasów. No nie ukrywam, trzeba samemu to powąchać i zinterpretować zapach po swojemu, bo każdy czuje co innego :D Dla mnie jest to słodki zapach, lekko owocowy, wyczuwam jabłka i miód. Z kolei Crisp Orchard Leaves producent opisał zapach w ten sposób: plastry jesiennej gruszki, chłodne powietrze, świeżo zebrane jabłka oraz liście dębu. Jest to bardzo wyważony zapach, trochę spokojniejszy, jak ja to mówię 'liściowy'. Mogą go polubić osoby, które nie przepadają za mocno słodkimi zapachami. Wyczuwalne są gruszki i liście. Może też trochę świeże, chłodne powietrze... Powiem Wam, że poznawanie tych zapachów może być całkiem niezłą zabawą. Jak się tak na maksa człowiek skupi, zamknie oczy to może z tego wyjść ciekawa interpretacja ;) Na zdjęciu widzicie jeszcze jeden żel pod prysznic, jest to męski Bourbon, który kupiłam oczywiście z myślą o moim facecie. Dla mężczyzn również kosmetyki w Bath and Body Works można kupić ;) Jest to właściwie produkt 2 w 1 do mycia ciała i włosów. Z reguły mężczyźni wybierają takie rozwiązanie. Bourbon to mieszanka białego pieprzu, ciemnego bursztynu i dębu Kentucky ;) Dla mnie jest to zapach bardzo świeży, męski przełamany właśnie tym pieprzem. Mój chłop zadowolony to ja też :) 
W sklepach bbw jest również bardzo duży wybór peelingów do ciała. Ja na początek wybrałam ten z serii Sea Tox. Jest to taka seria trochę wakacyjna, świeża, morska. Nie ukrywam, że kolor mi się spodobał ;) Ale też właściwości. Peeling nie należy do mocnych zdzieraków. Jest to raczej tak zwany peeling myjący, bo przy użyciu nawet się pieni ;) Drobinki zdzierające ma i ja go lubię używać np. przed goleniem nóg. Super wygładza skórę, jest po nim miękka i nawilżona. Jest to na pewno seria dla osób, które nie przepadają za słodkimi, kwiatowymi zapachami. A raczej takimi neutralnymi. Asortyment jest ogromny i z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie ;) Z tej serii dostępne są jeszcze mgiełka, balsam, krem do ciała, żel pod prysznic, balsam z błyszczącymi drobinkami (świetnie wygląda na opalonej skórze), pianka do włosów, sól do kąpieli oraz maska z wodorostami, która może być stosowana i do ciała i do twarzy. To jest dopiero sztos! Pokazywałam Wam ją na Instagramie, gdy byłam na szkoleniu w Warszawie. Wzięłam sobie próbki do hotelu i wypróbowałam. Maska dość konkretnie oczyszcza, odświeża i ma działanie detoksykujące. 
Ostatnie produkty, o których Wam opowiem są mydła. Są dostępne żelowe oraz piankowe. Obie formy bardzo lubię, aczkolwiek te żelowe chyba bardziej ;) Lubię ich konsystencję. A pianki na pewno będą niezłą frajdą dla dzieci, ale nie tylko ;) Z doświadczenia wiem, że klienci raczej decydują się na pianki. Cena jednego mydełka to 39 zł. Jest to nie mało jak na mydło do rąk, jednak można je kupić w stałej promocji 2 za 49 zł. Są też na wyprzedażach za 20 zł. Powiem Wam jednak, że cena idzie za jakością. Nie dość, że jest to bardzo dobry produkt myjący to dodatkowo marka oferuje przeogromny wybór w kwestii zapachu. Naprawdę ciężko się czasem zdecydować na jeden czy dwa produkty ;) Ma w składzie SLS-y, ale oprócz tego olej kokosowy, aloes oraz witaminę E
Ja akurat wybrałam Salted Bergamot, który niestety już sięgnął dna i już żałuję, że nie kupiłam więcej na zapas. Zapach jest po prostu obłędny! Prawdopodobnie ze względu na bergamotkę, którą ja uwielbiam w kosmetykach. Oprócz bergamotki mamy tu również salty air słone powietrze oraz orange leaf liść pomarańczowy. Ja jestem fanką właśnie takich cytrusowych, świeżych zapachów. Dlatego też drugie mydełko Monoi Oil Fiji White Sands już niezbyt zapachowo przypadło mi do gustu. Konsystencję ma naprawdę świetną! Dzięki zawartości olejku Monoi konsystencja różni się nieco od tych żelowych - jest taka właśnie oleista, mocno nawilżająca i ręce po niej są miękkie i gładkie. Jednak nutami zapachowymi są white sands białe piaski, vanilla orchid waniliowa orchidea oraz warm amber bursztyn, które nie do końca do mnie przemawiają. Jest mocno słodki, wręcz mdły. W sklepie mi się podobał, a w domu już nie :D no tak działa kobiecy umysł niestety :D Oczywiście je zużyję, bo nie jest to na tyle męczący zapach, żebym go odstawiła w kąt, ale więcej się na niego nie zdecyduję. W planach mam zakup zapachów - Peach Bellini, Black Cherry Merlot, Kitchen Lemon (które świetnie radzi sobie z pozbyciem się nieprzyjemnych zapachów z rąk typu cebula, ryba itp.) oraz na pewno coś z nowej kolekcji. Są iście wiosenne, kolorowe, egzotyczne. Kusi mnie Island Papaya, Cucumber Melon oraz White Tea & Sage. Jeśli tylko macie okazję odwiedzić sklep koniecznie się im przyjrzyjcie i oczywiście powąchajcie ;) W każdym sklepie BBW dostępny jest zlew, z którego można skorzystać i samemu, na własnej skórze wypróbować konsystencję, zapach oraz właściwości. 


Na dzisiaj to tyle. I tak wyszedł niesamowity tasiemiec i podziwiam wszystkich, którzy dobrnęli do końca ;) Mam Wam jeszcze do opowiedzenia trochę na temat serii Aromaterapia oraz zapachów do domu. Zorientowałam się w trakcie pisania, że wyszedł już dość długi wpis, a tu jeszcze tyyle do opisania, dlatego resztę produktów przerzucam na następny wpis ;) 

Dajcie znać co myślicie o tych produktach :) 
Może macie jakieś i polecacie? ;) A może może zainteresuje Was rozdanie z tymi produktami? Czekam na Waszą opinię :)

Buziaki,
Ada.

projekt denko | B&BW | Cien | Avene | Mediheal | Lovely | Ecocera

3 marca 2019 | 16 komentarzy
Hej wszystkim ! 

Bez zbędnych wstępów zapraszam Was na zużycia poprzednich miesięcy. Będzie trochę pielęgnacji twarzy, trochę włosów i kolorówki :) 
Z produktów do włosów zużyłam szampon z L'Oreal seria Botanicals Fresh Care Lavender. Dostałam z wizaz.pl cztery produkty z tej serii. Szampon sprawdził się całkiem nieźle. Nie ma w składzie sls-ów, ale dobrze się pienił. Miał ładny, delikatnie lawendowych zapach. Dobrze oczyszczał, ale miałam wrażenie, że trochę obciążał włosy. Postaram się przygotować dla Was wpis o wszystkich produktach, które miałam okazję używać ;) Drugi produkt L'Oreal to odżywka z serii Magiczna Moc Glinki. To już kolejne opakowanie u mnie. Ma piękny zapach, super wygładza włosy, pozostawia je świeże, nie obciąża i nie wysusza. 
Udało mi się zużyć też 3 kremy do rąk. Miałam ich trochę pootwieranych. Krem z Ziai Grapefruit z Miętą miałam zawsze na szafce nocnej. Już kiedyś o nim pisałam na blogu. Był lekki, przyjemnie pachniał, szybko się wchłaniał. Idealny do użytku w domu, przy komputerze, bo szybko się wchłaniał i nie pozostawiał lepiej warstwy. Kremy do rąk z Evree bardzo lubię. Miałam wcześniej wersję regenerującą czerwoną, a ta ze zdjęcia to odżywcza. Oba są świetne. Dobrze nawilżają, ładnie pachną, są wydajne i dobrze się wchłaniają. Z kolei ten z Avon z serii Planet Spa był to nawilżająco - relaksujący krem do rąk z lawendą i jaśminem. Działanie miał naprawdę fajne, skóra po nim była taka miękka, nawilżona. Podobał mi się ;) Niestety zapach nie do końca. Jak dla mnie pachniał identycznie jak regenerujący krem do stóp od Evree :P Ale jeśli inne wersje zapachowe mają tak dobre działanie jak ten to chętnie się skuszę.
Kto mnie obserwuje na Instagramie ten wie, że ostatnio polubiłam się bardzo z maseczkami w płachcie. A te z Mediheal wyjątkowo mi pasują. Była promocja w Super-Pharm, więc kupiłam 5 na zapas. Tą ze zdjęcia Dress Code Violet wyłapałam w Lidlu za niecałe 9 zł. Jest to maseczka rozświetlająca w niebanalnej odsłonie. A mianowicie w formie maski karnawałowej ;) Uważam, że to fajny dodatek. Wygląda naprawdę ciekawie ;D Na Instagramie z resztą pokazywałam, kto jeszcze nie obserwuje zapraszam serdecznie -> klik. Maska jest mocno nasączona, świetnie nawilża skórę, pozostawia ją miękką, gładką i rozświetloną. Ja z reguły takie maski nakładam przed wieczornym wyjściem na miasto :) Druga maska z kolei pochodzi z Bath and Body Works - jest to maska glinkowa, której pozostałości po zdjęciu trzeba zmyć. Wiecie jak to wygładza skórę? Szok! Na pewno jeszcze się na nią zdecyduję. Cena 19, 99 zł. Jeśli macie sklep bbw niedaleko to polecam zajrzeć. Teraz są w fajnej promocji 1+1 gratis :)
I ostatnia grupa produktów to kosmetyki do makijażu. Gąbka Blend it! była już w poprzednim denku, musiała mi się zawieruszyć w torbie ze zużytymi produktami i dopiero podczas pisania postu się zorientowałam ;) Puder Lovely Cooking Time to dobra inwestycja, jeśli można to tak nazwać, ponieważ dałam za niego całe 9 zł. Świetnie nadaje się do backingu i utrwala makijaż na długie godziny. Nie robi efektu ciastka i nie wysusza. Przyjemnie pachnie, jest drobno zmielony, ale jakoś szybko się skończył. Puder ryżowy z Ecocera jest moim must-have zwłaszcza latem. Makijaż nim utrwalony jest nie do ruszenia nawet podczas wysokich temperatur. I gdyby nie fakt, że dziad jeden mi spadł i cały się rozsypał to bym go jeszcze miała. Naprawdę jest wydajny. Na szczęście majątku nie kosztuje i jest dostępny w kosmetykomanii stacjonarnie u mnie na osiedlu, więc kupię po prostu kolejne opakowanie i postaram się go nie wysypać ;) Róż z Diadem Cosmetics to produkt, który znalazłam w Shinybox parę lat temu i przez ostatni czas był przeze mnie dość mocno maltretowany. Pojawił się nawet w ulubieńcach w zeszłym roku -> klik. Niestety końcówka się pokruszyła i stwierdziłam, że nie ma sensu go już trzymać. Dam mu odejść. Tym bardziej, że w zanadrzu mam jeszcze trzy inne, które też trzeba kiedyś zużyć ;) Ale bardzo go lubiłam! Jeśli chodzi o rozświetlacz z Wibo na pewno wszyscy go znacie. Mój egzemplarz już jest mocno zużyty i myślę, że jeszcze bym z niego dużo wycisnęła, ale termin przydatności minął. Widzę to nawet po tym jak wygląda na skórze. Zaczął się dziwnie ważyć, więc ląduje do kosza. 

I to tyle ! Dajcie koniecznie znać czy miałyście któryś z produktów. Co Was zaciekawiło? Co się u Was sprawdziło bądź nie? 

Buziaki,
Ada.

Bielenda Green Tea serum multifunkcyjne cera mieszana | mój hit pielęgnacyjny

25 lutego 2019 | 10 komentarzy
Hej !

Właśnie jestem w domu rodzinnym. Po ciężkim miesiącu w końcu mam wolne i to aż 4 dni. Szok ;) Postanowiłam przyjechać do rodzinki, bo nigdzie tak nie odpocznę jak tu. Popołudnia spędzam z rodzicami i siostrą, a do południa mogę nadrobić trochę blogowe sprawy. Ostatnio mniej postów się pojawia, ale naprawdę nie miałam kiedy usiąść do laptopa. Nawet jeśli miałam jakiś pojedynczy dzień wolny to wiecie jak to jest - totalny relaks, cały dzień w szlafroku przed telewizorem. Bardziej wtedy aktywna jestem na Instagramie. Tych z Was, których tam jeszcze nie ma, serdecznie zapraszam -> klik.

Dzisiaj chcę Wam opowiedzieć o moim totalnym hicie pielęgnacyjnym, o którym wspominałam Wam już tyle razy i nie raz obiecałam oddzielną recenzję. No i w końcu się wzięłam ;) Zainteresowanych zapraszam do dalszej części wpisu ;)
SERUM MULTIFUNKCYJNE | CERA MIESZANA

Pierwszy raz spotkałam się z tym produktem, gdy pracowałam jeszcze w drogerii Super Pharm. Nie interesowałam się nim, ponieważ nigdy nie miałam problemów z cerą. Aż do czasu, gdy moja cera zaczęła się buntować i wtedy koleżanka mi poleciła to serum. Bielendę zawsze lubiłam, więc postanowiłam spróbować.

Jak widzicie serum znajduje się w małej buteleczce o pojemności 15 ml. Mamy 4 miesiące na jego zużycie, ale powiem Wam, że przy codziennym stosowaniu znacznie szybciej się kończy. Serum jest zaopatrzone w pipetkę, która niestety, gdy produkt jest na wykończeniu nie dosięga tych resztek, ale dla mnie to nie jest żaden problem. Wystarczy wylać produkt prosto z buteleczki, dzięki czemu można go wykorzystać do ostatniej kropli. Konsystencja jest lekka, lejąca. Ja nakładam produkt bezpośrednio z pipety na skórę. Na czoło, lewy polik i prawy i wklepuję. Serum bardzo ładnie pachnie, świeżo i delikatnie. Dokładną analizę składu znajdziecie u Natalii Elfnaczi -> klik. , która pisała o produktach z tej serii w zeszłym roku. 

Serum ma za zadanie według producenta systematycznie i skutecznie pielęgnować cerę mieszaną, normalizować wydzielanie sebum i regulować pracę gruczołów łojowych, tonizować, nawilżać i odżywiać oraz poprawiać jakość naskórka skłonnego do niedoskonałości. Więcej możecie poczytać o obietnicach producenta na stronie Bielendy. 
Ja używałam go tylko i wyłącznie na noc, tak jak zaleca producent. Na początek codziennie, potem co kilka dni. Ten produkt jest moim małym odkryciem w pielęgnacji. Gdy moja cera naprawdę się buntowała, całą prawą stronę miałam w okropnych krostach, bolących i czerwonych. Nie wiem czemu, ale zaatakowało tylko prawą stronę, lewa była czysta. Często też na brodzie coś się pojawi. Gdy zaczęłam używać serum poprawę widziałam właściwie już po 2 tygodniach. Skutecznie rozprawiło się z moimi niedoskonałościami, złagodziło zaczerwienienia i pozbyło się przebarwień. Co dla mnie najważniejsze - ograniczyło pojawianie się nowych nieprzyjaciół. Skóra jest oczyszczona, gładka, pory są zmniejszone. Jedyny minus - przy codziennym stosowaniu niestety może trochę przesuszać. Ja niestety mam cerę generalnie suchą z pojawiającymi się co jakiś czas niedoskonałościami, dlatego też nie chciałam nic silnego typu Effaclar Duo z La Roche Posay, bo wiedziałam, że mnie wysuszy na wiór. Serum z Bielendy nie jest aż tak mocne, ale też niestety delikatnie wysusza. Wtedy już nie stosuję go codziennie, tylko co kilka dni. A w pozostałe dni coś mocno nawilżającego na noc, regularnie używam peelingu i nawilżających maseczek w płachcie. Przy regularnym stosowaniu widać poprawę. Skóra jest rozjaśniona, wypryski znikają, nie pojawiają się nowe, pory widocznie zmniejszone.

To była naprawdę dobra decyzja - wprowadzenie tego produktu do swojej pielęgnacji. Ja je kupuję regularnie. Znajdziecie je w każdej drogerii kosmetycznej. Jego cena regularna to ok. 33 zł. Można je dorwać oczywiście o połowę taniej na różnych promocjach. I ja je też wtedy kupuję za jakieś 15-16 zł ;) Wiem, że wiele z Was lubi i poleca serum z kwasem migdałowym z Bielendy. Też pewnie kiedyś wypróbuję, ale póki co Green Tea jest numerem jeden. Nie trzeba za niego dać miliony monet, więc jeśli borykacie się z niedoskonałościami skóry, polecam wypróbować. Może sprawdzi się i u Was ;)


Znacie ten produkt? Sprawdził się u Was? A może polecacie jakiś inny produkt z Bielendy? 

Buziaki,
A.


SZABLON BY: PANNA VEJJS.