czego to ludzie nie wymyślą - termiczna zalotka do rzęs by Sephora

19 stycznia 2018 | 11 komentarzy
Cześć Wam!

We wrześniowych nowościach wspominałam o termicznej zalotce do rzęs z Sephory -> klik. Wypatrzyłam ją w filmiku Maxi i efekty naprawdę mi się spodobały. Niedługo myśląc wybrałam się do Sephory i kupiłam owy gadżet. Czy wyrzuciłam pieniądze w błoto? Ciekawych zapraszam do dalszej części posta.
Jak widzicie zalotka wygląda bardziej jak tusz do rzęs. Gdybym ją zobaczyła na sklepowej półce nie domyśliłabym się, że to zalotka. Znajdowała się ona w przeźroczystym pudełku, na tyłach którego napisana była instrukcja obsługi. Była do niej dołączona malutka szczoteczka do czyszczenia.

Zalotka jest prosta w obsłudze. W środku znajduje się wymienna bateria. Aby ją uruchomić należy przesunąć przycisk na pozycję ON i odczekać ok. 1 minuty, aby się nagrzała. Następnie układamy ją na środku rzęs, przesuwamy ku jej końcówkom delikatnie opuszczając w kierunku powieki. Należy to zrobić tak, aby jej nie dotknąć. Przytrzymujemy chwilę w takiej pozycji i powtarzamy czynność aż do uzyskania pożądanych efektów. Proste, prawda?
Powiem Wam, że jak zobaczyłam efekt u Asi byłam zachwycona. Ale jest to też kwestia tego kto jakie ma rzęsy. Moje niestety są mocno opadające. I mimo, że użyję zalotki czy to zwykłej czy termicznej one i tak po godzinie opadną. Mówię tutaj głównie o części zewnętrznej rzęs. Jednak z rzęsami w środkowej części radzą sobie całkiem nieźle.
Na początku się obawiałam trochę tego gadżetu - nie chciałam sobie spalić rzęs ;) Ale nie macie się co martwić. Owszem zalotka jest ciepła, ale przy zachowaniu ostrożności nie ma możliwości spalenia rzęs. Przecież nie jest to temperatura jak chociażby przy prostownicach ;) Używam jej codziennie i zajmuje mi to dosłownie chwilę. Na samym końcu zawsze robię brwi i tuszuję rzęsy, więc w momencie zabierania się za malowanie brwi włączam zalotkę, aby dać jej minutkę na nagrzanie.
Zalotka podkręca rzęsy, owszem. Nawet te najbardziej opadające jak u mnie w zewnętrznym kąciku, ale nie jest to efekt długotrwały. Po godzinie, maksymalnie dwóch opadają. Nie cierpię tego, dlatego też często się zastanawiam nad ich przedłużeniem. Ale z drugiej strony trzeba o nie bardzo dbać. U mnie kreska na oku to codzienność, a ze sztucznymi rzęsami będę miała codziennie problem z ich zmyciem czy z cieniami. Więc chyba znowu zdecyduję się na serum do rzęs. Tym razem może L'Biotica.

Poniżej przedstawiam efekty przed i po.
Koszt takiego cudaka to 81 zł. Widzę, że na stronie są aktualnie niedostępne. Ale stacjonarnie je widziałam. Generalnie nie żałuję zakupu, bo byłam jej mega ciekawa. Ale spodziewałam się troszeczkę lepszych efektów ;)

Dajcie znać co myślicie o takim wynalazku. Przydatna czy raczej niezbędna rzecz?

Wysyłam buziaki,
Ada.

ulubieńcy/odkrycia 2017 roku

14 stycznia 2018 | 27 komentarzy
 Witajcie kochani!

W końcu mam wolny dzień i mogę wziąć się za napisanie postu i zrobienie zdjęć. Pogoda nie sprzyja i ok. 12 było już jakoś tak szarawo. Ale coś tam z tego mojego pstrykania chyba wyszło ;)
Dzisiaj mam dla Was wpis o odkryciach/ulubieńcach zeszłego roku. W jednym wpisie umieszczę pielęgnację i kolorówkę, ponieważ nie było tego aż tyle, aby rozbijać to na dwa posty. Ciekawych zapraszam dalej ;)
Holika Holika wielofunkcyjny aloes i pianka oczyszczająca

Byłam chyba jedną z ostatnich osób, u których pojawił się słynny wielofunkcyjny aloes ;D Jakoś nie chciało mi się go zamawiać z Internetu, ale gdy tylko pojawił się stacjonarnie wreszcie się na niego zdecydowałam. Bardzo lubię takie wielofunkcyjne kosmetyki. Głównie używam go do włosów przed myciem, ale także po goleniu na podrażnioną skórę. Był też moment, że musiałam wszystkie kosmetyki do twarzy odstawić, ponieważ miałam niesamowity wysyp niedoskonałości i właśnie wtedy pomógł mi aloes. Złagodził wszystkie bolące krostki i przede wszystkim nie przyczynił się do powstania nowych. A tego na tamtą chwilę potrzebowałam. Jest to świetny produkt i myślę, że będzie nam służył jeszcze dobrych kilka lat i zdobędzie miano ponadczasowego.

Idąc za ciosem skusiłam się również na piankę aloesową, która pojawiła się w ulubieńcach w grudniu. Umilała mi codzienny rytuał pielęgnacyjny. Ma wspaniały zapach, konsystencję galaretki, która pod wpływem wody zamienia się w delikatną piankę i przede wszystkim świetnie oczyszcza skórę. Jest miękka, nawilżona i nie występują żadne podrażnienia czy reakcje alergiczne. Cenię sobie jednak różnorodność wśród produktów pielęgnacyjnych i tak od razu ponownie jej nie kupię, bo w zapasie mam już inną;) Ale będę o niej pamiętać i z pewnością kiedyś do niej wrócę.
Pharmaceris H micelarny szampon kojąco-nawilżający

Niestety zwykłych drogeryjnych szamponów używać już nie mogę. Obecność SLS-ów robi swoje. Miałam tak podrażnioną skórę głowy, że non stop się drapałam i czułam takie okropne bolące krosty. Natychmiast odstawiłam wszystkie szampony i postanowiłam kupić coś bez sls-ów. Na początku był to szampon dla dzieci z Rossmanna babydream, następnie chciałam spróbować właśnie Pharmaceris. Los chciał, że dostałam go z pracy z czego bardzo się ucieszyłam. Długo doprowadzałam moją skórę głowy do porządku, ale po 2-3 tygodniach były już wyraźne efekty. Dzięki D-pantenolu w składzie szampon złagodził wszelkie podrażnienia. Pieczenie i swędzenie były mniej intensywne a po kilku miesiącach całkowicie ustąpiło. Włosy nie są po nim oklapnięte, ale za to wyraźnie wzmocnione i nawilżone. Zostało mi go dosłownie na jedno umycie, jednak z pewnością kupię go znowu. Jest to najlepszy dla mnie szampon. I na razie zostaję przy nim ;)
Nuxe Huile Prodigieuse suchy olejek

Pojawił się oddzielny wpis o nim pod koniec roku 2016. Jednak przez ostatnie miesiące był ze mną non stop. Jest to olejek, który ma wiele zastosowań. Można go nałożyć na końcówki włosów bądź na całe, na ciało oraz twarz. Na każdy sposób sprawdza się świetnie. U mnie wypadł najlepiej w połączeniu z masłem do ciała. Masła są dość tępe do rozprowadzenia poprzez swoją bogatą konsystencję, więc w połączeniu w olejkiem stworzyły duet idealny. Nie dość, że dużo łatwiej było mi rozsmarowywać produkt, to olejek dawał swoje fantastyczne właściwości pielęgnacyjne, dzięki czemu rano budziłam się z miękką, nawilżoną i odżywioną skórą ciała! I do tego ten zapach♥♥ Jak widzicie na zdjęciu zostało mi dosłownie parę kropelek na dzisiaj. Koniecznie muszę zaopatrzyć się w nową buteleczkę. Jednak to nie jest wcale taki tani biznes. W Super-Pharm 50 ml kosztuje 112 zł. Jednak widzę, że na aptekagemini.pl kosztuje zaledwie 50 zł, więc rachunek jest prosty ;D

Nuxe Huile Prodigieuse suchy olejek - jeden produkt - wiele zastosowań
Maybelline The Nudes paletka cieni

Jest to paletka, którą maltretuję już od paru miesięcy. Jak widać z resztą ;) Cielisty cień sięgnął już dna, a ten drugi jasny miał fajne rozświetlające drobinki, który nakładałam na wewnętrzny kącik. Jest to paletka, którą można wyczarować zarówno dzienny i wieczorny makijaż. Mamy tutaj 6 matowych cieni i 6 z delikatnym brokatem, które w połączeniu z Duraline zyskują na intensywności i wyglądają naprawdę efektownie. Kolorów używam na zmianę, z reguły tych matowych na zewnętrzną część powieki, na to trochę błysku i w kącik albo coś rozświetlającego albo matowy cielisty cień. Trzymają się cały dzień, nie bledną w ciągu dnia. Minimalnie się osypują podczas nakładania, ale jest to do opanowania ;) Niestety jeden z cieni się pokruszył, dlatego też jednego brakuje. Koszt paletki to ok. 60 zł, ale warto polować na promocje.
Dr Irena Eris Illuminating Loose Powder | Sun Shimmer

To są absolutne odkrycia i zarazem hity minionego roku! Puder zawiera drobinki, które przepięknie mienią się na buzi i rozświetlają buzię w subtelny sposób. Jest bardzo drobno zmielony, troszkę się pyli przy nakładaniu. Mi najlepiej nakłada się go puszkiem z Inglota, ale można również puchatym pędzlem omiatać twarz. Używam go praktycznie codziennie, uwielbiam go wręcz! Jest dostępna jeszcze wersja bez drobinek. 
Rozświetlacz Sun Shimmer jest równie wspaniałym produktem! Spójrzcie jak on wygląda♥ Daje taki fajny opalizujący delikatnie na brązowo efekt. Jest baardzo wydajny. Używam go praktycznie codziennie ostatnio, a zużycie jak widać nie jest duże. Do tego produkty dr Ireny Eris przepięknie pachną. Tak luksusowo ;)

My Secret matt eye shadow cienie do powiek

Ulubieńcem jest na pewno cielisty odcień My Secret 505, który kosztował mnie jakieś 5 zł, a jest tak niesamowicie napigmentowany. Idealny cień bazowy! Przy okazji zamówienia przez przypadek wpadł do koszyka również numer 507, ale nie dobrze, że się tam znalazł. To przepiękny brąz, idealny na co dzień. Tak ja wspominałam mają świetną pigmentację, a są tanie jak barszcz! Na pewno zdecyduję się jeszcze na jakieś kolorki. Z pewnością coś z kolekcji glam&shine!
Inglot Duraline

Ostatnim ulubieńcem jest Duraline, który wszyscy z pewnością znacie. Już jest ze mną dość długo, a jeszcze sporo go mam. W ostatnim czasie używałam go głownie do cieni błyszczących, aby podbić ich kolor. Sprawdzał się przy tym naprawdę bezbłędnie. Oprócz tego można go również dolać do zaschniętej pomady bądź eyelinera w żelu. Ma naprawdę wiele zastosowań. Myślę, że przyda się nie jednej z nas ;) 

To już wszyscy ulubieńcy. Dajcie znać czy znacie te produkty i jak sprawdziły się u Was :)
Buziaki,
Ada♥

avon planet spa | pielęgnacja twarzy | głęboko oczyszczają maseczka błotna | głęboko oczyszczający peeling | minerały z Morza Martwego |

10 stycznia 2018 | 18 komentarzy
Witajcie!

Już lada dzień pojawi się wpis o odkryciach/ulubieńcach minionego roku. A tymczasem zapraszam Was jeszcze na post, który miał pojawić się już jakiś czas temu, ale ciągle to odkładałam, a myślę, że warto o tych produktach wspomnieć. A na pewno o jednym z nich. Dlatego też zdjęcia nie są zbyt aktualne. Zainteresowanych zapraszam serdecznie dalej :)


Już kiedyś Wam wspominałam, że moja mama jest konsultantką Avon, dlatego też kosmetyki tej marki przewijają się u mnie. Z reguły jest to pielęgnacja. Mogłyście już poczytać o produktach do pielęgnacji stóp i rąk -> klik. Natomiast dzisiaj parę słów o kosmetykach do twarzy Planet Spa Perfectly Purifying.
OBIETNICE PRODUCENTA:

PEELING: Odkryj detoksykujący i odświeżający rytuał znad Morza Martwego i obudź nim swoje ciało. Działanie: głęboko oczyszczający peeling do twarzy dogłębnie oczyszcza skórę, złuszcza martwy naskórek pozostawiając uczucie gładkości i świeżości.

MASKA: Wypróbuj maseczkę błotną do twarzy zawierającą sól krystaliczną oraz bogate w minerały błoto z Morza Martwego, znane ze swoich właściwości oczyszczających i detoksykujących. Działanie: dokładnie oczyszcza i detoksykuje skórę, nadając jej miękkość, gładkość i jędrność. Wchłania nadmiar sebum i sprawia, że pory stają się mniej widoczne.

DOSTĘPNOŚĆ / CENA / POJEMNOŚĆ 

Produkty marki Avon można zamówić u konsultantek bądź na ich stronie. Ceny sięgają 20 zł/ szt, lecz teraz maseczkę możecie dorwać za 9, 99 zł. Peeling jest w cenie regularnej, ale pamiętam, że ja za mój zapłaciłam też coś ok. 10 zł. Można je dorwać w naprawdę przystępnych cenach. Peeling ma 50 ml, a maseczka 75.

OPAKOWANIE / SPOSÓB UŻYCIA / KONSYSTENCJA

Oba kosmetyki znajdują się w miękkich tubkach, z których bez problemu wydobywa się produkt. Peeling używamy 2-3 razy w tygodniu nakładając go na buzię w formie maski. Zostawiamy na parę minut i zmywamy wodą kolistymi ruchami. Natomiast maseczkę rozprowadzamy na oczyszczaną skórę twarzy i zostawiamy na 10-15 minut. Po upływie czasu spłukujemy bądź zmywamy chusteczką nawilżaną. Ja jednak preferuję zmycie wodą, ponieważ po chusteczkach mam czerwoną i podrażnioną skórę.

Konsystencja maseczki jest zbita, gęsta - w końcu to maska błotna. Ma ciemno siwy kolor i dość intensywny zapach. Peeling natomiast jest przezroczysty, nie spływa z dłoni i posiada równie intensywny zapach.
MOJE SPOSTRZEŻENIA

Peeling zgodnie z zaleceniami producenta stosowałam dwa razy w tygodniu, czasem trzy, gdy moja skóra tego potrzebowała. Kiedyś się zastanawiałam jak peeling może złuszczać martwy naskórek bez drobinek i nie rozumiałam fenomenu peelingów enzymatycznych. Teraz je uwielbiam! Peeling z Avon bardzo dobrze spełniał swoją rolę. Dzięki niemu po suchych skórkach nie było śladu. Teraz w okresie zimowym moja skóra jest mocno przesuszona. Nawilżam ją jak mogę, ale od czasu do czasu pojawiają się suche place w okolicach szczytu kości policzkowych bądź na czole. A ten peeling sprawia, że one znikają. Idealnie wygładza skórę twarzy i tak ją fajnie odświeża. Skóra jest miękka i czuć wyraźnie różnicę przed zrobieniem peelingu i po. Jedyne co mi w nim przeszkadza to ten intensywny zapach. Taki typowy dla produktów oczyszczających, który raczej nie jest moim ulubionym.

Maska pochodzi z tej samej serii produktów z minerałami z Morza Martwego. Wszystkie produkty charakteryzuje ten sam zapach. Nakładałam ją 2 x w tygodniu, na całą twarz, omijając okolice oczu. Jest to glinka, ale nie zastygająca. Co jest dla mnie dużym plusem. Np. maska z L'Oreal zasycha na skorupę, co daje okropne uczucie ściągnięcia skóry. Po upływie 10-15 minut zmywam ją wodą. Powiem Wam, że efekty są średnie. Po regularnym stosowaniu skóra owszem była oczyszczona, ale miałam wrażenie, że powierzchownie. Na pewno nie było to dogłębne oczyszczenie. Po maseczce miałam takie uczucie odświeżenia, wygładzenia i oczyszczenia również, ale tak jak wspominałam na powierzchni skóry. Na pewno nie zgodzę się, że zwęża pory. Może minimalnie, ale nie jest to efekt zadowalający mnie. Mam rozszerzone pory przy nosie i na pewno nie stały się mniej widoczne. Dlatego na maskę raczej ponownie się nie zdecyduję. Wykończę ją oczywiście do końca, zostało mi na parę użyć. Peeling natomiast zużyłam w październiku, wspominałam o nim w denku z października klik.
Podsumowując peeling sprawdził się świetnie, buzia była miękka, wygładzona i po suchych skórkach nie było śladu. Maseczka natomiast to niewypał. Nie robiła nic zachwycającego na buzi. Może na peeling jeszcze kiedyś się zdecyduję ;)

Dajcie znać czy miałyście styczność z tymi produktami Avon. A może polecacie jakieś inne maski?

Wysyłam buziaki,
Ada.

Podsumowanie roku 2017 |

6 stycznia 2018 | 10 komentarzy
Witajcie w Nowym Roku!

Mam nadzieję, że wkroczyliście w niego z uśmiechem na twarzy i, że dobrze się bawiliście. Dzisiaj przygotowałam dla Was małe podsumowanie minionego roku. Nie wiem kiedy tak szybko minął. Pamiętam jak dopiero co pisałam post o podsumowaniu 2016 roku. To straszne jak czas szybko płynie. Przydałoby się wydłużyć dobę, może więcej rzeczy udałoby się zrobić ;)

W pierwszej części posta opowiem Wam co wydarzyło się u mnie w ciągu tego roku.


PIERWSZY RAZ NA NARTACH

Na początku roku 2017 pojechałam z moim chłopakiem i jego rodziną w góry. Nie był to mój pierwszy wyjazd w góry, ale pierwszy zimą i pierwszy raz zjeżdżałam na nartach. Jakoś nigdy przedtem nie miałam okazji spróbować sportów zimowych. Nawet mi się podobało, pomijając tylko te -20 stopni. Akurat trafiliśmy na te największe mrozy :o Myślę, że jeszcze kiedyś spróbuję i to może w tym roku.
O ROK STARSZA!

27 lutego obchodziłam moje 23 urodziny. Z tej okazji pojechaliśmy z chłopakiem do Torunia, do mojej siostry i tam urządziłam imprezę dla przyjaciół i rodziny. Impreza była świetna - nie mogło być inaczej z najlepszymi ludźmi obok. Oprócz tego wyprawiłam również przyjęcie dla rodziny w domu wraz z moim tatą, który kończył 55 lat, dlatego też mieliśmy tort na spółę ;)
YEARS&YEARS PONOWNIE!

Moje małe marzenie się spełniło - pojechać na kolejny koncert Years&Years (na pierwszym byłam w marcu 2016 roku). Tak się składa, że Y&Y przyjechali ponownie i zaszczycili nas swoją obecnością na Orange Warsaw Festiwal 2 czerwca, gdzie oprócz nich wystąpili również Kodaline, Kings of Leon oraz Martin Garix! Było naprawdę cudownie! Towarzyszyła mi oczywiście moja kuzynka Klaudia, z którą jeżdżę na większość koncertów.
INSTRUKTOR FITNESS?! CZEMU NIE!

Dwa najważniejsze dla mnie osiągnięcia to obrona pracy licencjackiej oraz zdobycie certyfikatu instruktora fitness dla kobiet w ciąży i po porodzie. Obie te rzeczy były zwieńczeniem moich 3-letnich studiów na gdańskim awfie i bardzo się cieszę, że je ukończyłam z takim wynikiem. Wraz z przyjściem nowego roku pora na kolejne wyzwania. Mam nadzieję, że uda mi się znaleźć pracę w zawodzie i to jest mój najważniejszy cel w tym roku. Oby szybko się zrealizował :)
WŁASNE MIESZKANIE

Kolejnym równie wspaniałym dla mnie wydarzeniem jest przeprowadzka. Od września 2017 roku mieszkamy z chłopakiem już w swoim własnym mieszkaniu. Ma co prawda niecałe 40m2, ale za to oddzielną sypialnię, wspaniały ogródek no i ... jest kompletnie nasze. Jeszcze się urządzamy, na parę rzeczy jeszcze czekamy, ale mam nadzieję, że z końcem lutego wszystko będzie dopięte na ostatni guzik. Nie wspominając o niskich kosztach. Uwierzcie - w trójmieście za wynajmowane mieszkanie płaci się krocie, więc przeprowadzka na swoje robi naprawdę ogromną różnicę.
PANI MAGISTER?

Idąc za ciosem, po skończeniu studiów licencjackich, zapisałam się na magisterkę na dietetykę i żywienie i ... dostałam się. Miałam sobie zrobić rok przerwy, ale wiecie jak to jest. Im się to odkłada, tym dalsze jest to do zrealizowania. A prawie już pół roku minęło, także jeszcze tylko 1,5 :D

5 LAT RAZEM!

25 listopada obchodziliśmy z chłopakiem 5 rocznicę związku. Nie planowaliśmy właściwie nic wielkiego, ponieważ ja byłam w pracy, a mój chłopak szykował się do wyjazdu, lecz miło mnie zaskoczył w ten dzień. A właściwie w przeddzień - przygotował wspaniałą, romantyczną kolację. Świece, dobre jedzenie i mój mężczyzna u boku. Lepiej bym tego nie zorganizowała :)
ŚWIĘTA  I SYLWESTER

W grudniu natomiast spędziłam kolejne świetne święta z rodziną i wspaniałego Sylwestra w gronie przyjaciół i z ukochanym.
Nie sądziłam, że tak wiele się wydarzyło, póki nie spisałam tego wszystkiego na kartkę ;) To był dobry rok, dużo dobrych rzeczy mnie spotkało w życiu prywatnym. Mam nadzieję, że Nowy Rok będzie jeszcze lepszy od poprzedniego :)


Jeśli chodzi o sprawy blogowe po przeanalizowaniu wszystkiego wychodzi na to, że w 2017 roku pojawiło się aż o 16 postów mniej niż w zeszłym. Co daje liczbę 45. Początek roku zaczął się całkiem nieźle, w styczniu opublikowałam 6 postów, dalej pojawiało się 4,5 wpisów w miesiącu. Zauważyłam, że im bliżej wakacji tym pojawiało się ich mniej. Wynikało to z mojej obrony, ale też z przeprowadzki do akademika na dwa miesiące. Niestety nie miałam tam dobrych warunków do zrobienia zdjęć, dlatego też w sierpniu np. pojawił się tylko 1 wpis. Wolę jednak, aby pojawiał się jeden, ale z sensem i przejrzystymi, ładnymi zdjęciami, aniżeli zrobiony byle jak.

Najchętniej odwiedzane przez Was posty to:

Dziękuję Wam za wspólny rok. Gdyby nie Wy, to wszystko nie miałoby sensu. Nie planuję nie wiadomo czego na ten rok. Zamierzam po prostu dalej publikować posty, bez ciśnienia, tak, aby mi to sprawiało przyjemność. Zamierzam jednak to wszystko lepiej zorganizować, wszystko sobie rozpisać, co na jaki dzień, jakie posty, kiedy zrobić zdjęcia itd. I pisać więcej postów wprzód, bo bywa, że mam naprawdę mało czasu w tygodniu i dobrze jest mieć coś właśnie na takie dni ;)

Życzę Wam w Nowym Roku samych sukcesów, dużo szczęścia i uśmiechu, spełnienia waszych najskrytszych marzeń i oczywiście, żeby nadchodzący rok był jeszcze lepszy od poprzedniego!

Buziaki,
Ada.

ulubieńcy ostatnich miesięcy + życzenia bożonarodzeniowe

23 grudnia 2017 | 20 komentarzy
Cześć Wam!

Na dzisiaj przygotowałam dla Was produkty, bez których przez ostatnie miesiące nie mogłam się obejść. Chodzi o okres od września, czyli od momentu nadejścia chłodnych, jesiennych dni. Będzie jedna rzecz z kolorówki i reszta to pielęgnacja. Zatem zapraszam na dalszą część wpisu.
O piance Holika Holika wspominałam przy okazji wishlisty jesiennej i w nowościach października. Zasłużyła na to, aby pojawić się w ulubieńcach. Pianka jest bardzo delikatna, ale mimo to bardzo dobrze i dogłębnie oczyszcza, nie podrażniając przy tym skóry. Prześlicznie pachnie, ma konsystencję galaretki, która pod wpływem wody zamienia się w piankę. Nie ma problemu z wydobyciem produktu. Produkt jest bardzo wydajny, wystarczy maleńka ilość, aby umyć całą twarz. Trzeba uważać jednak, żeby ta galaretka nie ześlizgnęła się z dłoni, bo mi się to parę razy zdarzyło niestety :P I to może wpłynąć na jej wydajność. Skóra po jej zastosowaniu jest miękka, gładka i wyraźnie nawilżona. Nie spowodowała wysyp niedoskonałości i nie wysuszyła skóry. Pianka umila mi codzienny zarówno wieczorny jak i poranny rytuał pielęgnacyjny. Wieczorem koi skórę po zmyciu makijażu, a rano odświeża ją i pobudza.
Pozostając przy pielęgnacji skóry twarzy kolejnym ulubieńcem jest nawilżająco-wypełniająca maseczka Hydragenist SOS marki Lierac. Mam tylko miniaturkę o pojemności 10 ml, którą dostałam od koleżanki na przetestowanie. Pełnowymiarowy produkt ma 75 ml. Wiem, że wydawać by się mogło, że po takiej małej pojemności nie mogę spodziewać się cudów, ale uwierzcie, że starczyła mi na paręnaście użyć. Wystarczyła niewielka ilość, aby pokryć nią całą buzię. Stosowałam ją mniej więcej 2 razy w tygodniu, czasem 3, gdy moja skóra tego potrzebowała. A niestety wraz z nadejściem mroźnych dni zrobiła się bardzo sucha. Gdy tylko pojawiały się jakieś suche skórki miejscowo na twarzy, natychmiast robiłam porządny peeling, a następnie nakładałam maseczkę. Producent zaleca nałożyć na 5-10 minut i następnie zmyć, jednak koleżanka, która jest konsultantką marki poleciła spokojnie zostawiać ją na noc i tak też robiłam. Maska ślicznie pachnie, gładko sunie po skórze i pozostawia taki delikatny zabezpieczający film. Rano budziłam się z nawilżoną i miękką skórą, a po skórkach nie było śladu. Zdarzało się, że miałam takie porządne suche place na buzi, wtedy nakładałam 2 dni z rzędu maskę i naprawdę efekt był zniewalający. Pełnowymiarowa wersja kosztuje ok. 100-115 zł. Jednak teraz możecie dorwać ją w zestawach świątecznych z kremem bądź mgiełką z tej samej serii Hydragenist w cenie samej maski. Znajdziecie je w Super-Pham bądź Hebe. Serdecznie polecam!
Niestety moja cera ostatnio dość mocno się buntuje. Nigdy nie miałam problemu z wypryskami, ale już od jakiegoś czasu co chwilę wyskakuje mi jakaś krostka i to nie byle jaka, tylko taka podskórna, boląca gula :/ W poście o nowościach wspominałam Wam o serum do cery mieszanej z serii Green Tea marki Bieledna, dzięki któremu mam nadzieję, że moja cera trochę się unormuje. Jednak na takie porządne wulkany stosowałam żel punktowy z 2% kwasem salicylowym marki Avon z serii Clearskin, który świetnie sobie z nimi radził. Dzięki niemu szybko pozbywałam się nieprzyjaciół. Stosuje się go miejscowo 3 razy w ciągu dnia, jednak jak jest się cały dzień w pracy i ma się makijaż to ciężko to zrobić. Dlatego w takie dni stosowałam go tylko raz na noc. Tak więc goiły się wolniej. Ale w wolne dni kiedy nie nakładałam makijażu, stosowałam 3 razy dziennie, tak jak zalecał producent i następnego dnia zostawały tylko delikatne, mało widoczne blizny. Naprawdę ma świetne działanie i nie raz ratował mnie, gdy pojawiła się jakaś krosta, a następnego dnia miałam np. ważną imprezę czy uroczystość.
Jeśli chodzi o pielęgnację ciała wyjątkowo w poprzednich miesiącach polubiłam się z masłem do ciała Bioselect Naturals Souffle Body Butter. Żebyście wiedziały jak on pachnie! Połączenie olejków z oliwy i makadamia, wanilii i kokosu daje tak piękny, oryginalny zapach, że umila to wieczorny rytuał pielęgnacyjny. Zapach utrzymuje się na skórze cały dzień, a skóra jest miękka i jedwabista. Masło bez problemu się aplikuje i rozsmarowuje. Ma dość treściwą konsystencję i pozostawia po sobie delikatny film, który mi absolutnie nie przeszkadza. Souffle Body Butter świetnie nawilża i odżywia skórę. Idealny dla skóry potrzebującej natychmiastowego nawilżenia. Po 2 tygodniach codziennego stosowania, później wystarczy już tylko 2 razy w tygodniu.
Ostatnim już ulubieńcem jest maskara do rzęs mascara Twist up the Volume firmy Bourjois. Zawsze mnie ciekawiły ich tusze do rzęs, więc gdy ją dostałam bardzo się ucieszyłam. Wspominałam o niej w nowościach września klik. Ma ona za zadanie pogrubiać i wydłużać rzęsy. I powiem Wam, że on rzeczywiście to robi ;) Nie wiem czy znacie jej mechanizm - składa się z dwóch kroków. Najpierw jest krótka i zagęszczona szczoteczka, która ma pogrubić nasze rzęsy, następnie przekręcamy tą białą końcówkę, szczotka nam się wydłuża i wtedy rzęsy wydłużamy i rozczesujemy. Bardzo odpowiada mi ta kombinacja. Tusz nie skleja rzęs i bardzo podoba mi się efekt jaki daje. Naprawdę pogrubia rzęsy i świetnie je wydłuża. Moje rzęsy są dość liche i co gorsza opadnięte, a ten tusz jakoś przez cały dzień trzyma je w ryzach. Nie osypuje się w ciągu dnia, co u mnie jest bardzo istotne. Z reguły maluję się rano i wracam wieczorem, a rzadko zerkam w lusterko w ciągu dnia. Mam ochotę na więcej tuszy od Borujois. Jak widziałyście w poprzednim poście w zapasach mam kolejną maskarę od nich i jestem ciekawa czy równie dobrze się sprawdzi. Twist up the Volume jestem naprawdę zachwycona i polecam wypróbować!


Kochani moi! 
To jest ostatni post przed świętami. Właśnie jestem w pociągu w drodze do domu rodzinnego na Święta, także chciałam Wam życzyć z całego serca wszystkiego dobrego, dużo uśmiechu i spokoju w te święta, objadajcie się, cieszcie wolnym czasem i myślcie tylko o dobrych rzeczach. Wesołych Świąt!

Widzimy się po świętach!
Buziaki wysyłam,
Ada.

nowości listopada/grudnia

21 grudnia 2017 | 15 komentarzy
Hej hej!

Już zaraz koniec grudnia, a ja dopiero przychodzę z nowościami ;) Więc pokażę Wam co nowego pojawiło się u mnie i w listopadzie i w grudniu. Nie ma tego za dużo. Staram się kupować jedynie to co naprawdę potrzebuję. A większość z tych rzeczy podostawałam :)
Nowości, które pojawiły się u mnie dosłownie parę dni temu. A przywędrowały od kochanej mamy mojego chłopaka. Zawsze dostaję od niej fajne rzeczy. Tym razem obdarowała mnie oczyszczającą pianką Advanced Night Micro Cleansing Foam od Estee Lauder o pojemności 30 ml oraz rozświetlającym olejkiem do ciała i twarzy Pat&Rub.
Produkty na pierwszym zdjęciu otrzymałam na szkoleniu marki Pharmaceris. Są to: nowość marki hydro-micelarny szampon kojący z serii Emotopic przeznaczonej dla skóry suchej i atopowej oraz aktywny preparat punktowy uszczelniająco-wzmacniający naczynka z serii N. Szampon na pewno się nie zmarnuje, ponieważ od jakiegoś czasu używam tylko i wyłącznie takie bez SLS-ów, które niestety źle działają na moją skórę głowy. A krem oddałam chłopakowi, ponieważ ja nie mam problemu z pękającymi naczynkami.

Następne produkty to peeling enzymatyczny marki Lirene. Skończył się mój z Avon w końcu. Generalnie działanie miał naprawdę fajne, ale zapach mi nie odpowiadał. Ten z Lirene ma delikatny zapach i pokładam w nim spore nadzieje ;) Na serum Zielona Herbata marki Bielenda zdecydowałam się, ponieważ moja skóra ostatnio dość mocno się buntuje. Co chwilę wyłazi jakiś okropnie bolący pryszcz, a wcześniej nie miałam z tym problemu. Serum ma za zadanie normalizować, nawilżać oraz wygładzić. Na nawilżającą bio piankę z firmy Orientana miałam już dawno ochotę, ale odstraszała mnie jej cena ponad 50 zł. Jednak nadarzyła się okazja w Super-Pham -50% na jeden wybrany produkt i ta pianka była właśnie pierwszą rzeczą, o której pomyślałam. Zapłaciłam za nią niewiele ponad 20 zł.
Produkty Bourjois dostałam od koleżanki z pracy (Wiola, jeśli to czytasz dziękuję Ci kochana :D :*). Otrzymałam dwa produkty do ust i tusz do rzęs. Tusz to Volume Reveal adjustable volume. Jest to pogrubiający tusz, który umożliwia nakładanie kolejnych warstw na rzęsy, bez konieczności ich zmywania. Jeszcze go nie testowałam, ale ciekawa jestem czy rzeczywiście to działa. Jeśli chodzi o pomadki jedna pochodzi z najnowszej serii Rouge Velvet Lipstick w kolorze 01, która ma świetną, masełkową konsystencję i nie wysusza ust, z kolei druga to Rouge Edition Aqua Laque w odcieniu 05 red my lips. Jest to fajna intensywna czerwień, która niestety nie trzyma się zbyt długo. Nie zjada się, tylko traci swoją intensywność i robi się taka jakby wypłowiała ;p
Marudziłam ostatnio w pracy, że nie umiem zrobić porządnej piany podczas kąpieli i koleżanka poleciła mi właśnie aromatyczny płyn pielęgnujący do kąpieli z Kneipp o zapachu lawendy, wiesiołka oraz wanilii, ale przeważa tutaj raczej lawenda. Jest niezwykle relaksujący, ślicznie pachnie i niesamowicie uspokaja. No i przede wszystkim robi tą moją wymarzoną pianę ;D
I na koniec produkty z Seboradin, które otrzymałam w ramach bycia ambasadorką marki. Było łącznie 8 produktów, ale jeden szampon oddałam mamie, jeden siostrze + maskę. Maskę przeciw wypadaniu włosów jedną zostawiłam dla siebie, a drugą obiecałam koleżance. Kolejne produkty do lotion i szampon regenerujące i szampon do jasnych włosów.


Dajcie znać czy znacie któryś z produktów ;)
Buziaki,
A.


SZABLON BY: PANNA VEJJS.