Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
TRICO botanica | Oczyszczanie i Relaks | szampon, krem, lotion

21:42:00

TRICO botanica | Oczyszczanie i Relaks | szampon, krem, lotion

Hej ! Znowu mnie trochę nie było. Na początku lipca miałam tydzień urlopu, bo byłam na Openerze, na którym było absolutnie fantastycznie i każdemu polecam pojechać chociaż raz ;) Później już wróciłam normalnie do pracy, ale miałam tyle obowiązków, że nie miałam czasu usiąść do kompa, ani zajrzeć na Wasze blogi czy być aktywną na IG. Na szczęście niedziele bez handlu mnie ratują, więc trochę odpoczęłam, pooglądałam seriale na Netflixie i zebrałam się, aby w końcu stworzyć ten wpis. 

Będzie to recenzja produktów do włosów, które otrzymałam od firmy TRICObotanica. I są to głęboko oczyszczający krem do skóry głowy, szampon oraz lotion z linii Oczyszczanie i Relaks
Linia Oczyszczanie i Relaks jest to linia głęboko oczyszczających produktów do pielęgnacji włosów i skóry głowy. Nie zawierają parabenów, barwników, SLS i petrolatum. 

Na początek weźmy krem do skóry głowy. Nakładam go na wilgotną skórę głowy, tak jak zaleca producent, wmasowuję i spłukuję. Następnie nakładam szampon. 
Moja skóra głowy uwielbiam tego typu produkty, ponieważ należy do wrażliwych i suchych. Krem jest bardzo wodnisty, buteleczka ma podłużną końcówkę, dzięki której w łatwy sposób krem można zaaplikować na skórę nie rozlewając wszystkiego. Kiedy produkt rozlewa się po skórze jest to naprawdę przyjemne uczucie, krem łagodzi skórę i przygotowuje do dalszych etapów pielęgnacji. Po regularnym stosowaniu widzę poprawę. Skóra jest nawilżona, mniej wrażliwa. Cena: 39, 99 zł.

Po wypłukaniu kremu myję włosy i skórę głowy szamponem z tej samej serii. Szampon jest gęsty, taki trochę jak galaretka bym powiedziała ;) Trzeba ścisnąć butelkę podczas wydobycia, bo sam na pewno nie wypłynie ;) Ma przyjemny, delikatny zapach. Niestety plącze mi włosy, ponieważ bardzo słabo się pieni. Zapewne to przez brak sls-ów, co jest dobre, bo tak jak wspominałam moja skóra głowy nie za bardzo je toleruje. Mam trochę problem podczas mycia, zużywam przez to więcej szamponu, aby porządnie je umyć. Nakładam zaraz po odżywkę rozplątującą i wtedy bez problemu je rozczesuję.
Skóra po umyciu mnie nie swędzi - duży plus za to - włosy wyglądają naprawdę ładnie, nie są obciążone, za to odbite u nasady. 
Szampon ma w składzie:

  • ekstraktu z nagietka lekarskiego - działa przeciwzapalnie, nawilżająco oraz łagodząco ← tak jak wspominałam wcześniej, skóra jest mniej wrażliwa i nawilżona;
  • olejek z mięty pieprzowej - odświeża oraz łagodzi,
  • ekstrakt z rumianku pospolitego - działa przeciwalergicznie, przeciwbakteryjnie, łagodzi podrażnienia i suchość skóry ← zdecydowanie mogę się z tym zgodzić. Kondycja mojej skóry jak najbardziej się poprawiła.

Z reguły myję włosy co drugi dzień, jak były jeszcze długie to nawet co trzeci, ale odkąd je dość mocno skróciłam myję je częściej. Po tym szamponie moje włosy długo są świeże, lśniące i skóra głowy również zadowolona ;P
Cena: 38, 99 zł 
Końcowym etapem jest użycie lotionu Oczyszczanie i Relaks. Ten produkt z kolei aplikujemy na wilgotną skórę głowy, ale już nie spłukujemy. Ma wodnistą konsystencję, nie tłustą. Trochę się bałam, że obciąży włosy, ale nic takiego nie miało miejsca:) Produkt jest idealnym zwieńczeniem całej pielęgnacji. Łagodzi wszelkie podrażnienia. Szklana, ciemna buteleczka posiada pipetę, dzięki której w łatwy sposób możemy zaaplikować lotion na skórę głowy. Po wysuszeniu włosy nigdzie nie są posklejane ani tłuste. Wyglądają świeżo i ładnie. Skóra głowy jest jeszcze bardziej nawilżona, złagodzona i oczyszczona. Cena: 64, 99 zł/100 ml.

Jeśli zmagacie się z suchością skóry, sięgnijcie po te produkty. Naprawdę są warte wypróbowania ;) Mają niezłe składy i dają super efekty. 

Znacie te produkty? Chętnie poznam Waszą opinię na ich temat :)


Buziaki,
Ada.
dr Irena Eris | SPA Resort Tahiti | urzekający ciało i zmysły balsam rozświetlający | moja opinia

21:23:00

dr Irena Eris | SPA Resort Tahiti | urzekający ciało i zmysły balsam rozświetlający | moja opinia

Hejka hej!

Wiem, że wiele z Was nie lubi się balsamować, ale dzisiaj mam dla Was coś dzięki czemu polubicie to robić ;) 
Ten produkt długo przeleżał w zapasach, aż w końcu go wyciągnęłam, kiedy zabrałam się za porządne zużywanie produktów. Jednak nie był to dobry pomysł, ponieważ kosmetyk sprawdzi się idealnie właśnie na wiosnę/lato. Ale o tym za chwilę ;) Ciekawych zapraszam do dalszej części wpisu.
Urzekający ciało i zmysły balsam rozświetlający marki dr Irena Eris dostałam od mamy mojego chłopaka już jakiś czas temu. Wrzuciłam go do zapasów, bo miałam coś tam już otwarte i wyciągnęłam jakoś zimą. Opakowanie jest spore, ma ładną, wiosenno-letnią szatę graficzną. Pojemność to 200 ml. Balsam ma formułę nawilżającą, bogatą w kwas hialuronowy i ekstrakt z Orchidei, a także składniki z perły Tahitańskiej i masło shea, które odżywiają skórę i wygładzają. 
Ma przepiękny zapach i cudownie mieniące się w słońcu drobinki. Dlatego też żałuję, że nie wyciągnęłam go teraz, bo na opalonej skórze wyglądałby bosko. Zgodzę się z producentem, że balsam nawilża i odżywia skórę. Po nim była rzeczywiście miękka, taka jakby bardziej jędrna i gładka. Ma lekką konsystencję, jakby śmietanka ;) Bardzo dobrze się rozprowadza i szybciutko wchłania. Jest lekki, więc jak preferujecie mocne nawilżenie, może nie spełnić Waszych oczekiwań. Co nie zmienia faktu, że zapewnia nawilżenie i myślę, że ta jego lekka konsystencja jest idealna na tę porę roku. 
Na stronie dr Ireny Eris kosztuje 95 zł, ale w Douglasie jest na niego obecnie promocja i kosztuje 59 zł. Sama się zastanawiam czy go kupić właśnie na teraz, ponieważ moje opakowanie dobiło dna, co mogłyście zobaczyć w ZUŻYCIACH ;)



Balsamujecie się regularnie? Co fajnego używacie do ciała? :)

Buziaki,
Ada.
dobre produkty za grosze | Sensique | My Secret | kosmetyki z drogerii Natura

17:36:00

dobre produkty za grosze | Sensique | My Secret | kosmetyki z drogerii Natura

Niestety z drogerią Natura mi totalnie nie po drodze, więc naprawdę rzadko tam kupuję, ale dzięki uprzejmości i współpracy z drogerią poznałam już wiele wspaniałych produktów takich marek jak Kobo Professional, My Secret oraz Sensique. Mogliście na moim blogu już parę razy o nich poczytać -> klik, klik, klik

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o kolejnych perełkach. A mianowicie będą to dwie paletki cieni oraz paleta rozświetlaczy My Secret oraz róże do policzków Sensique. Zapraszam do dalszej części wpisu ;) 

W TYM poście przedstawiałam Wam paletki cieni Ocean Storm oraz Sweet’n’Spicy i do paletek Natural Beauty Eyeshadow Palette dołączyły właśnie First Step oraz Night Like This. Obie są bardzo neutralne, posiadające kolory do zrobienia zarówno makijażu dziennego jak i wieczorowego. First Step można wykonać cały makijaż oka przy użyciu tylko tej paletki. Środkowy cień jako bazę w załamaniu powieki, ciemny w zewnętrzny kącik i jasny w wewnętrzny i makijaż gotowy. Z Night Like This zrobiłam to samo ;) Środkowy w załamanie powieki, ciemny w zewnętrzny kącik, a jasny w wewnętrzny. To są naprawdę łatwe w obsłudze palety. Są jednak trochę suche i pylą się oraz osypują, więc polecam robić najpierw makijaż oka, a następnie resztę twarzy. Dobrze się blendują i łączą ze sobą. Jednak mam wrażenie, że trochę tracą na intensywności podczas rozcierania. Na pewno z Sweet'n'Spicy tak nie było. 
Same zobaczcie jaką mają świetną pigmentację. Dostaniecie je oczywiście w drogerii Natura za niecałe 19 zł. Teraz są przecenione na 13, 01 zł -> klik. Podoba mi się również to, że są małe i kompaktowe i nie zajmują dużo miejsca w kosmetyczce, więc śmiało można zabrać je w podróż. Która wersja kolorystyczna bardziej Wam się podoba? :)

Kolejne nowości to przepiękne róże marki Sensique Perfect Blush w trzech iście wiosennych kolorach, aczkolwiek była to kolekcja wypuszczona w grudniu, ale jak widać kolory są na tyle neutralne, że nadadzą się i na wiosnę :) Otrzymałam trzy kolory: 202 Fantasy204 Fire oraz 206 Terracota. Mają piękne tłoczenie i prezentują się naprawdę zachęcająco. Mnie najbardziej urzekł odcień 204. Poniżej możecie zobaczyć swatche wszystkich trzech kolorów. Róże dobrze nabierają się na pędzel i robią piękny, dziewczęcy efekt na skórze. Ten jasny brąz może być też stosowany do ocieplania twarzy :) Do tego są łatwo dostępne i tanie jak barszcz. Ich regularna cena to 11, 99 zł.
Kolejną pięknością nowością jest paletka wypiekanych rozświetlaczy My Secret Face Illuminator Powder Palette. Robi wrażenie, prawda? Od razu wpadły mi w oko. Rozświetlaczy nigdy za wiele ;) Mamy tutaj 4 śliczne szampańskie odcienie. Bardzo ładnie prezentują się na buzi, są trwałe i nie ścierają się. Mają naprawdę wysokiej jakości pigmentację i piękne wykończenie przez co gwarantują mocny połysk i efekt tzw. tafli. Od lewej od góry: Glamour Goddes, Glow Baby -> dół: Golden Girl i Princess Dream. Ten ostatni jest zapewne dla Was wszystkich znany. Widzę na Instagramie, że sporo osób go ma. Ja go wcześniej nie miałam, także cieszę się, że dołączyli go do tej palety i mogłam sama się przekonać o co tyle szumu. Jednakże cena tej paletki nie należy do najniższych, a mianowicie w cenie regularnej wychodzi za 54, 99 zł, ale widzę, że teraz dostanie je za 38, 49 zł -> klik. Także korzystajcie ! 

Jak widzicie jestem ze wszystkich produktów zadowolona. Można naprawdę dorwać fajne produkty w niskich cenach. Nie krytykuję oczywiście kupowania kosmetyków droższych marek. Sama takie mam i lubię czasem kupić coś z wyższej półki, ale te tańsze też mogą być dobre i myślę, że warto się za takimi rozglądać i próbować ;) 

Jestem ciekawa jakie Wy macie zdanie na ten temat.
Znacie produkty My Secret i Sensique? Może macie jakieś kosmetyki tych marek, które możecie polecić? :) 

Buziaki, 
Ada. 
Fenty Beauty by Rihanna | Pro Filt'r Soft Matte Longwear Foundation | efekt jak z Photoshopa? | moja opinia

19:19:00

Fenty Beauty by Rihanna | Pro Filt'r Soft Matte Longwear Foundation | efekt jak z Photoshopa? | moja opinia

Hej !

Mam parę dni urlopu, więc w końcu miałam trochę czasu, żeby zrobić dla Was wpis i mam nadzieję, że uda mi się zrobić trochę na zapas ;)

Dzisiaj mam dla Was recenzję podkładu z Fenty Beauty by Rihanna Pro Filt'r Soft Matte Longwear Foundation. Miał swoją premierę w zeszłym roku, testuję go już od jakichś 4 miesięcy, więc pora podzielić się z Wami moją opinią na jego temat. Zapraszam ;)
Zacznijmy od strony technicznej. Produkt zamknięty jest w szklanej buteleczce, z matowego szkła, o pojemności 32 ml. Standardowe pojemności to 30 ml. Podkład posiada pompkę, która działa bez zarzutu, nie zacina się i wydobywa taką ilość jaką chcemy. Jestem zwolenniczką takich rozwiązań, uważam, że to najwygodniejsza forma aplikacji. Cena to 140 zł w Sephorze. Nie jest to jakoś bardzo wygórowana cena moim zdaniem. Są droższe podkłady, a nie warte swojej ceny. Gdy usłyszałam, że kosmetyki Fenty Beauty wchodzą do polskiej Sephory, spodziewałam się wysokich cen, ale nie ma tragedii. Tym bardziej biorąc pod uwagę promocje. Mój egzemplarz mój chłopak kupił przed świętami ze zniżką -20%. Warto zatem polować na korzystniejsze ceny ;) Ja posiadam odcień 140, a dostępnych jest aż 40 na stronie Sephory. 
Pierwsze co mnie pozytywnie zaskoczyło po użyciu to pigmentacja podkładu. Ma tak mocne krycie, że wystarczy niewielka ilość, aby pokryć całą twarz, co wpływa na jego wydajność. Ja go wklepuję wilgotną gąbką. Taki sposób preferuję już od paru lat i moim zdaniem można uzyskać wtedy najlepszy efekt. Podkład stapia się ze skórą i wygląda naturalnie. I w przypadku Fenty Beauty również tak jest. Nie podkreśla suchych skórek, ładnie wygładza buzię i wyrównuje kolory. Jednakże...

...miałam z nim na początku relację love/hate. Nie mogłam się z nim dogadać. Dobrze się aplikował, fajnie wyglądał, ale tylko przez jakiś czas. Pod koniec dnia strasznie się wycierał w okolicach ust i na brodzie. Mam cerę suchą i raczej podkład na mojej skórze zawsze dobrze się trzymał, nie wyświecał się i nawet pod koniec dnia wyglądał dobrze. Oczywiście zależy to od jakości produktu i tego czym go utrwalałam. Ale powiedzmy sobie szczerze od podkładu za 140 zł wymagam nieco więcej niż od takiego za 30 zł. 

Byłam zła, bo naczytałam się dobrych opinii na jego temat i byłam bardzo ciekawa jak sprawdzi się u mnie, dlatego też byłam nieco zawiedziona. Rzuciłam go w kąt na jakiś czas, ale pomyślałam, że bez sensu, żeby podkład za tyle pieniędzy leżał nieużywany. Postanowiłam dać mu jeszcze jedną szansę. Dodam również, że zmieniłam krem pod makijaż (wcześniej był to Synchroline Sensicure cream gel, w między czasie był jeszcze Colline Pharma Glycolique 5%, który musiałam odstawić, ale o tym za chwilę, a teraz jest to odżywczy krem na dzień Vianek). I to był dobry ruch. Podkład zaczął współpracować, wyglądał dużo lepiej i trwałość również się poprawiła. Dużą rolę odegrał również puder utrwalający. Utrwalałam go wcześniej Cooking Time Loose Powder z Lovely, później HD Loose Powder również z Lovely, ale najlepiej sprawdził się sypki puder ryżowy z Ecocery, który jest moim numerem jeden. Podkład trzymał się cały dzień, nie ścierał się i nie zbierał w załamaniach. Co nie zmienia faktu, że...
...niestety mnie zapchał. Myślałam, że to wina kremu (Colline Pharma Glycolique 5%), który też po części był za to odpowiedzialny, bo po jego odstawieniu niedoskonałości przestały się pojawiać, ale po codziennym używaniu Fenty niestety powróciły. Gdy go odstawiałam, problem znikał, także jestem pewna, że to jego „zasługa”. I to jest chyba największy minus tego podkładu. Używany codziennie przez dłuższy czas doprowadza u mnie do wysypu niedoskonałości. Mogłabym go skreślić z tego powodu, no bo po co wydawać 140 zł na produkt, który powoduje pojawienie się nieprzyjaciół, ale on tak pięknie kryje, wyrównuje koloryt, wygładza ładnie buzię i z dobrym pudrem potrafi trzymać się cały dzień, że chyba jednak zdecydowałabym się na niego ponownie. Po prostu nie mogę go używać codziennie, tylko na wieczorne wyjścia, jakieś uroczystości bądź jak będę potrzebować większego krycia. Szkoda kurczę, bo mimo tak dobrego krycia, nie jest on ciężki jak np. Estee Lauder Double Wear i można zdecydowanie stosować go na co dzień. 

Poniżej wstawiam zdjęcie jak skóra wygląda bez podkładu i po nałożeniu.
Jak widać krycie ma fenomenalne. Niestety mój telefon nie uchwycił moich wszystkich niedoskonałości, ale uwierzcie, że one są i podkład ładnie je przykrył. Radzi sobie z przykrymi niespodziankami, jaśniejszymi pieprzykami oraz jakimiś nierównościami skóry typu plamki itp. Pod tym względem jestem nim zachwycona! Ostatecznie podkład zrobił na mnie wrażenie i myślę, że jeszcze kiedyś się na niego zdecyduję, ale nie mogę go używać codziennie ;)


Miałyście okazję go używać? Jak sprawdził się u Was? Polecacie jakiś fajny podkład z wyższej półki? ;)

Ada.
Keratin Therapy Lisse Design Alfaparf Milano | odżywka i szampon - duety wygładzający

20:28:00

Keratin Therapy Lisse Design Alfaparf Milano | odżywka i szampon - duety wygładzający

Hej ! 

Już mijają ponad 3 tygodnie odkąd używam produktów do włosów Alfaparf Milano, które otrzymałam w ramach współpracy ze stroną hairstore.pl Są to odżywka i szampon, które mają podtrzymać efekt wygładzenia. Do tego dostałam jeszcze suchy szampon i lakier do włosów. Ciekawych mojej opinii zapraszam do dalszej części wpisu :)
OBIETNICE PRODUCENTA 

SZAMPON - szampon to podstawa każdej pielęgnacji, również w przypadku włosów po prostowaniu keratynowym. W bardzo delikatny sposób oczyści twoje włosy, przedłuży działanie kosmetyków zastosowanych w trakcie prostowania oraz nada włosom miękkości i blasku. W jego składzie znajduje się keratyna i dobroczynny olejek Babassu. Włosy bardzo łatwo się rozczesują i są podatne na modelowanie. Oprócz tego produkt nie zawiera silikonów, parabenów i soli. 

ODŻYWKA - po wykonaniu zabiegu keratynowego prostowania włosów Lisse Design należy zaopatrzyć się w odpowiednie kosmetyki do pielęgnacji domowej. Odżywka stworzona została w formule kremu. Delikatnie nawilża włosy, przedłuża i podtrzymuje działanie usługi. W skład wchodzi keratyna, olej Babassu. W efekcie włosy są miękkie, błyszczące oraz bardzo łatwo się rozczesują. Produkt nie zawiera parabenów, siarczanów i soli. Jest bardzo delikatny. 
Oba produkty zamknięte są w płaskich buteleczkach, przez co wyglądają na mało stabilne, ale o dziwo nie przewracały się na półce w łazience. Oba zamykane na klik, porządny, ale nie było problemu, żeby otworzyć, nawet mokrymi rękami. I odżywka i szampon mają pojemność 250 ml. Od otwarcia ważne są 12 miesięcy. Szampon w regularnej cenie kosztuje 57, 20 zł, a odżywka 69, 99 zł. Widzę, że teraz na stronie hairstore.pl jest -30% na te produkty. 

Szampon ma lejącą konsystencję, perłową. W ogóle pięknie, słodko pachnie. Czuć zapach kosmetyków profesjonalnych, trochę jak u fryzjera ;) Szampon dobrze się pieni, co ja akurat lubię, bo nie pieniące się produkty plączą mi okropnie włosy. Już podczas spłukiwania czuć jakie włosy są miękkie i wygładzone. Serio! Napomnę jeszcze, że ja keratynowego prostowania nie miałam, więc do tego się nie odniosę, ale oczywiście oba produkty są też przeznaczone dla osób, które nie poddawały włosy temu zabiegowi, a po prostu potrzebują wygładzenia. Nie miałam absolutnie żadnego problemu z rozczesaniem włosów. Stały się takie miękkie, nawilżone, jedwabiste. Naprawdę jestem zaskoczona działaniem. Może minimalnie obciąża mi włosy, bo moje po prostu są z natury oklapnięte, ale zaczęłam go po jakimś czasie po prostu stosować na samą długość włosa, a skórę głowy myłam innym produktem. Włosy są tak wygładzone, jak po wyjściu od fryzjera. 

Jeśli chodzi o odżywkę jest ona idealnym dopełnieniem. Wzmacnia i przedłuża ten efekt wygładzenia. Jest dość zbita, nie ma problemu z rozprowadzeniem na długości włosów. Należy zostawić ją na 3 minuty i następnie dokładnie spłukać. Dla osób, które mają puszące się włosy, suche, będzie to na pewno miłe zaskoczenie. Włosy są takie wygładzone, że mogłabym je tak cały czas przeczesywać w trakcie spłukiwania, bo były takie mięciutkie i miłe w dotyku. Szampon w duecie z odżywką zapanowały nieco nad moimi baby hair, które lubią odstawać we wszystkie możliwe strony ;) 
Na koniec chcę Wam jeszcze wspomnieć parę słów o lakierze i suchym szamponie w wersji travel. Oba produkty pochodzą z tej samej firmy co poprzedni duet. Suchy szampon teksturyzujący oraz nabłyszczający, mocno utrwalający lakier do włosów. Szampon ma pojemność 75 ml, lakier 100 ml. 

OBIETNICE PRODUCENTA 

SZAMPON - kosmetyk nie dość, że pochłania nadmiar sebum, to jeszcze świetnie unosi włosy u nasady i zapewnia włosom przyjemny zapach. Swoje działanie opiera na formule Moringa Oleifera, która ma właściwości termoochronne i neutralizuje nieprzyjemny zapach. Ponadto produkt zawiera składniki, które są aktywowane ciepłem i chronią przed aktywnością wolnych rodników. Co istotne - suchy szampon pozwala usunąć nadmiar środków do stylizacji z włosów - nie ma konieczności ich mycia na mokro. Można po niego sięgnąć, gdy przypadkiem nałożysz za dużo kosmetyków do stylizacji albo chcesz zmienić szybko już utrwaloną fryzurę. 

LAKIER DO WŁOSÓW - sprawi, że twoje włosy będą doskonale utrwalone, ale pozostaną w ruchu. Ponadto kosmetyk świetnie nabłyszcza włosy. Można uznać, że produkt ten stanowi szczęśliwe zakończenie całej stylizacji i wieńczy jej efekty. Swoje działania opiera na formule Moringa Oleifera, która ma właściwości termoochronne i neutralizuje nieprzyjemny zapach. Ponadto produkt zawiera składniki, które są aktywowane ciepłem i chronią przed aktywnością wolnych rodników. 


Jak widzicie oba produkty działają podobnie. Suchy szampon ma nas ratować w momencie kiedy nasze włosy nie wyglądają zbyt świeżo i ma dawać efekt umytych włosów. Ponadto nadać objętości i piękny zapach. Mogę się z tym zgodzić w przypadku tego produktu. Ma naprawdę przyjemny, delikatny zapach, unosi włosy u nasady, dzięki czemu nie są oklapnięte i po prostu znika efekt tłustych i przylizanych włosów. Czasem używałam nawet w dni, w których moje włosy nie były tłuste, ale po prostu potrzebowały objętości. Miały gorszy dzień ;) Lubię takie mniejsze pojemności, bo mogę zawsze zabrać w podróż, nie zajmują dużo miejsca, a na wyjeździe może się przydać. 

Jeśli chodzi o lakier do włosów, na co dzień nie używam takich produktów, ale chociaż jeden w domu zawsze mam. Z reguły idzie w ruch kiedy gdzieś wychodzę wieczorem i zrobię jakieś loki czy fale czy cokolwiek innego co potrzebuje utrwalenia. Ostatnio sobie nim podniosłam objętość włosów. Wzięłam głowę na dół i po prostu spryskałam lakierem włosy. Absolutnie ich nie skleja, daje fajny efekt uniesionych włosów, ale niestety zbyt długo się nie utrzymał. Moje włosy są odporne chyba na działanie takich produktów. Są jakieś takie na maksa dociążone, że nawet jak chcę je unieść, to efekt jest, ale chwilowy ;) 

Co nie zmienia faktu, że to są dobre produkty i myślę, że warto się nimi zainteresować :) Nie znałam wcześniej tej marki, ale bardzo się cieszę, że miałam okazję je wypróbować. Jeśli miałabym się ponownie decydować na któryś z tych produktów to pewnie byłaby to odżywka wygładzająca. Myślę, że dla moich włosów jest wystarczająca. Po niej będą już wystarczająco gładkie i miękkie. Szamponem, tak jak wcześniej wspominałam, skóry głowy myć nie mogę, bo po prostu mam przyklap wtedy ;) Jeśli macie problem z okiełznaniem swoich niesfornych włosów to zdecydowanie zainteresujcie się tymi produktami. Ja je szczerze polecam ;) 

Co ciekawego Wy stosujecie do włosów? 
Znacie markę Alfaparf Milano?

Buziaki,
Ada ♥
SinSkin | róż do policzków | kosmetyki do makijażu

19:50:00

SinSkin | róż do policzków | kosmetyki do makijażu

Hej ! ♥

Mamy piątek, piątunio! Ja jeszcze jutro do pracy, ale wieczorem wychodzę na miasto, a w niedzielę będę się lenić :) Dzisiaj mam dla Was recenzję produktu do makijażu, a mianowicie jest to róż do policzków marki SinSkin. Może moja opinia komuś pomoże przy wyborze kosmetyków na zbliżającej się promocji w Rossmannie. 

Róż ten kupiłam na którejś własnie promocji -55% w Rossmannie. SinSkin była marką, która dopiero co pojawiła się w drogeriach Rossmann. Bardzo byłam ciekawa ich produktów, ale do najtańszej półki cenowej nie należy. Jego cena regularna na stronie Rossmanna wynosi 84, 99 zł. Wybrałam odcień 031 Treasured.
Róż zamknięty jest w plastikowej, kwadratowej puderniczce z lusterkiem, zamykanej na klik. U góry widnieje logo marki. Szata osobiście mi się podoba, klasyczna, elegancka, powiedziałabym nawet, że wygląda dość ekskluzywnie. Plastik jest porządny, zamykanie również. Pomimo częstego użytkowania opakowanie dalej wygląda ładnie, może trochę się rysuje, ale aż tak tego nie widać. 

Róż jest wypiekany, a wszyscy wiemy, że wypiekane produkty są bardzo wydajne. Produkt dobrze nabiera się na pędzel i bez problemu osiada na skórze. Jest to taki różowiutki odcień, bardzo dziewczęcy, z delikatnymi drobinkami rozświetlającymi. Są niemalże niewidoczne. Buzia od razu wygląda na wypoczętą, świeżą, zdrową. Idealny odcień na zbliżającą się wiosnę. Od jakiegoś czasu namiętnie go używam i naprawdę podoba mi się uzyskany nim efekt. 
Produkt jest naprawdę trwały. Nie ściera się, utrzymuje cały dzień. Ja należę do tych osób, które pomalują się rano i przez cały dzień nie zaglądają do lusterka, dlatego też zależy mi na kosmetykach, które pod koniec dnia będą na swoim miejscu. I ten produkt, do takich należy. 

Wiem, że wiele osób w ogóle nie nakłada różu i ja też kiedyś należałam do tych osób, ale gdy zaczęłam odkrywać tajniki makijażu kupiłam swój pierwszy róż do policzków i bardzo spodobał mi się efekt jaki daje. Róż SinSkin nadaje się idealnie na co dzień. Na wieczorne wyjścia sięgam po ciemniejsze odcienie, takie które dają bardziej spektakularny efekt.
Produkt znajdziecie tak jak wspominałam w Rossmannie. W cenie regularnej jest dość drogi, ale myślę, że drogeria szykuje niebawem jakąś super promocję, jak zawsze, więc warto zapoznać się z asortymentem SinSkin. 

Znacie markę? Miałyście jakiś produkt? Używacie w ogóle róży do policzków, macie swój ulubiony?

Buziaki,
Ada.
Bath and Body Works | produkty do pielęgnacji ciała | fragrance & fun !

21:45:00

Bath and Body Works | produkty do pielęgnacji ciała | fragrance & fun !

Hej hej ! 

Póki nie zaczęłam pracować w sklepie Bath and Body Works nigdy wcześniej z marką styczności nie miałam. Samą nazwę kojarzę, bo młodsza siostra mi wspominała, ale produktów nie znałam. Nie wiedziałam co maja w asortymencie. Może też dlatego, że do września zeszłego roku sklepy były tylko i wyłącznie w Warszawie. A ja nie jestem jedną z tych osób, które pojadą specjalnie do stolicy po kosmetyki czy ciuchy, bo u mnie tego nie ma, a ja koniecznie muszę mieć.

Cieszę się, że marka się rozwija i już teraz są otwarte 3 sklepy poza Warszawą - Gdańsk, Kraków i Katowice i że miałam okazję ją poznać. Mają w asortymencie naprawdę świetne produkty, nie tylko do pielęgnacji ciała, ale również zapachy do domu. Gdy pierwszy raz weszłam do sklepu w Warszawie, po godzinie miałam już taki ból głowy od tych wszystkich zapachów. Naprawdę można tam zgłupieć ;P Trzeba trochę czasu poświęcić na poznanie produktów, powąchanie chociaż ich części, bo wszystkich na raz nie da rady.
Moim pierwszym produktem, który kupiłam w tym sklepie była mgiełka. Po długich poszukiwaniach padło na A thousand wishes. Wspominałam Wam o niej w ulubieńcach/odkryciach pielęgnacyjnych (obiecuję, że makijażowe też się pojawią) -> klik. Jest to zapach należący do tych słodkich, takich perfumowanych. W składzie ma różowe Prossecco, peonię, bursztyn oraz pigwę. Jak na mgiełki utrzymują się całkiem długo. Może nie tyle co perfumy, ale tak do 5-7 h na pewno. A na ubraniach znacznie dłużej ;) Wszystkie mgiełki są zamknięte w plastikowych butelkach o pojemności 236 ml. Kosztują 99 zł, ale warto polować na nie na promocji. Ja swoją kupiłam za 35 zł we wrześniu, gdy byłam na szkoleniu w Warszawie. Nie często zdarzają się takie obniżki i nie trwają długo (zwykle 2-3 dni), więc warto wtedy się w nie zaopatrzyć. Są naprawdę wydajne i przepięknie pachną. Ideą marki jest przede wszystkim zapach. Nie znajdziecie nigdzie takich połączeń zapachowych. Dlatego jest to sklep dla każdego - każdy znajdzie na pewno ten swój ulubiony zapach, z którym będzie miał miłe wspomnienia, do którego będzie miał sentyment. Mi mgiełka A thousand wishes będzie się już tylko kojarzyć z Warszawą, ze szkoleniem, z czasem spędzonym ze świetnymi dziewczynami, z którymi świetnie się bawiłam przez te prawie 3 tygodnie♥♥ Ale okej, trochę odbiegam od tematu ;)

Kolejna mgiełka, która się u mnie pojawiła to Violet Plum (której niestety nie ma na zdjęciu, bo została w domu rodzinnym :/). Jest to zapach z kolekcji jesiennej i mimo, że za ciężkimi zapachami nigdy nie przepadałam ten mi tak przypadł do gustu. Zakochałam się od pierwszego powąchania ;) Jest to połączenie cukrowych śliwek, fiołków i nut drzewnych. Ma naprawdę ciekawy i oryginalny zapach. Tę z kolei kupiłam na wyprzedaży za 45 zł. Zapach na tyle mi się spodobał, że dobrałam sobie do niego jeszcze krem do ciała. Jest to chyba moja ulubiona forma mazidła do ciała. Ma gęstą konsystencję, dobrze się wchłania i zapewnia 24-godzinne nawilżenie. Zawiera w składzie masło shea. Tubka ma pojemność 226 ml i kosztuje 79 zł. Ale np. w weekend 22-24.03. wszystkie balsamy, masła i kremy do ciała były za 25 zł :) Także uwierzcie nie trzeba tracić w tym sklepie fortuny. Chociaż czasem można, bo sklep naprawdę uzależnia;) Wiem sama po sobie ;) Wracając do kremu, dodam jeszcze, że nasmarowanie się nim, po czym popsikanie mgiełką o tym samym zapachu, wzmacnia trwałość i intensywność zapachu.
Oprócz mgiełek i kremów pojawiły się u mnie też żele pod prysznic. Póki co przetestowałam 2 warianty zapachowe + jeden męski dla mojego mężczyzny. Oba zapachy pochodzą z jesiennej kolekcji - Crisp Orchard Leaves oraz Champagne Apple & Honey (który jak widać prawie sięgnął dna). Co je wyróżnia oprócz oczywiście nieziemskiego zapachu? Świetnie się pienią, a wystarczy naprawdę odrobinka. Mają niestety w składzie znienawidzone SLS-y, ale powiem Wam, że nie odczuwam jakoś, żeby wysuszały mi skórę, a ja jestem posiadaczką bardzo suchej skóry. Mają w składzie przede wszystkim witaminę E, aloes oraz olej kokosowy. Mi SLS-y nie służą jedynie w szamponach, bo potrafią mi podrażnić skórę głowy. Można ich z powodzeniem używać jako płyn do kąpieli, bo naprawdę pianę robią wybitną :D Jeśli chodzi o Champagne Apple & Honey jest to bardzo słodki zapach, otulający dzięki połączeniu soczystej mieszanki różowego jabłka, musującego szampana, słodkiego jaśminowego miodu oraz jesiennych czystych lasów. No nie ukrywam, trzeba samemu to powąchać i zinterpretować zapach po swojemu, bo każdy czuje co innego :D Dla mnie jest to słodki zapach, lekko owocowy, wyczuwam jabłka i miód. Z kolei Crisp Orchard Leaves producent opisał zapach w ten sposób: plastry jesiennej gruszki, chłodne powietrze, świeżo zebrane jabłka oraz liście dębu. Jest to bardzo wyważony zapach, trochę spokojniejszy, jak ja to mówię 'liściowy'. Mogą go polubić osoby, które nie przepadają za mocno słodkimi zapachami. Wyczuwalne są gruszki i liście. Może też trochę świeże, chłodne powietrze... Powiem Wam, że poznawanie tych zapachów może być całkiem niezłą zabawą. Jak się tak na maksa człowiek skupi, zamknie oczy to może z tego wyjść ciekawa interpretacja ;) Na zdjęciu widzicie jeszcze jeden żel pod prysznic, jest to męski Bourbon, który kupiłam oczywiście z myślą o moim facecie. Dla mężczyzn również kosmetyki w Bath and Body Works można kupić ;) Jest to właściwie produkt 2 w 1 do mycia ciała i włosów. Z reguły mężczyźni wybierają takie rozwiązanie. Bourbon to mieszanka białego pieprzu, ciemnego bursztynu i dębu Kentucky ;) Dla mnie jest to zapach bardzo świeży, męski przełamany właśnie tym pieprzem. Mój chłop zadowolony to ja też :) 
W sklepach bbw jest również bardzo duży wybór peelingów do ciała. Ja na początek wybrałam ten z serii Sea Tox. Jest to taka seria trochę wakacyjna, świeża, morska. Nie ukrywam, że kolor mi się spodobał ;) Ale też właściwości. Peeling nie należy do mocnych zdzieraków. Jest to raczej tak zwany peeling myjący, bo przy użyciu nawet się pieni ;) Drobinki zdzierające ma i ja go lubię używać np. przed goleniem nóg. Super wygładza skórę, jest po nim miękka i nawilżona. Jest to na pewno seria dla osób, które nie przepadają za słodkimi, kwiatowymi zapachami. A raczej takimi neutralnymi. Asortyment jest ogromny i z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie ;) Z tej serii dostępne są jeszcze mgiełka, balsam, krem do ciała, żel pod prysznic, balsam z błyszczącymi drobinkami (świetnie wygląda na opalonej skórze), pianka do włosów, sól do kąpieli oraz maska z wodorostami, która może być stosowana i do ciała i do twarzy. To jest dopiero sztos! Pokazywałam Wam ją na Instagramie, gdy byłam na szkoleniu w Warszawie. Wzięłam sobie próbki do hotelu i wypróbowałam. Maska dość konkretnie oczyszcza, odświeża i ma działanie detoksykujące. 
Ostatnie produkty, o których Wam opowiem są mydła. Są dostępne żelowe oraz piankowe. Obie formy bardzo lubię, aczkolwiek te żelowe chyba bardziej ;) Lubię ich konsystencję. A pianki na pewno będą niezłą frajdą dla dzieci, ale nie tylko ;) Z doświadczenia wiem, że klienci raczej decydują się na pianki. Cena jednego mydełka to 39 zł. Jest to nie mało jak na mydło do rąk, jednak można je kupić w stałej promocji 2 za 49 zł. Są też na wyprzedażach za 20 zł. Powiem Wam jednak, że cena idzie za jakością. Nie dość, że jest to bardzo dobry produkt myjący to dodatkowo marka oferuje przeogromny wybór w kwestii zapachu. Naprawdę ciężko się czasem zdecydować na jeden czy dwa produkty ;) Ma w składzie SLS-y, ale oprócz tego olej kokosowy, aloes oraz witaminę E
Ja akurat wybrałam Salted Bergamot, który niestety już sięgnął dna i już żałuję, że nie kupiłam więcej na zapas. Zapach jest po prostu obłędny! Prawdopodobnie ze względu na bergamotkę, którą ja uwielbiam w kosmetykach. Oprócz bergamotki mamy tu również salty air słone powietrze oraz orange leaf liść pomarańczowy. Ja jestem fanką właśnie takich cytrusowych, świeżych zapachów. Dlatego też drugie mydełko Monoi Oil Fiji White Sands już niezbyt zapachowo przypadło mi do gustu. Konsystencję ma naprawdę świetną! Dzięki zawartości olejku Monoi konsystencja różni się nieco od tych żelowych - jest taka właśnie oleista, mocno nawilżająca i ręce po niej są miękkie i gładkie. Jednak nutami zapachowymi są white sands białe piaski, vanilla orchid waniliowa orchidea oraz warm amber bursztyn, które nie do końca do mnie przemawiają. Jest mocno słodki, wręcz mdły. W sklepie mi się podobał, a w domu już nie :D no tak działa kobiecy umysł niestety :D Oczywiście je zużyję, bo nie jest to na tyle męczący zapach, żebym go odstawiła w kąt, ale więcej się na niego nie zdecyduję. W planach mam zakup zapachów - Peach Bellini, Black Cherry Merlot, Kitchen Lemon (które świetnie radzi sobie z pozbyciem się nieprzyjemnych zapachów z rąk typu cebula, ryba itp.) oraz na pewno coś z nowej kolekcji. Są iście wiosenne, kolorowe, egzotyczne. Kusi mnie Island Papaya, Cucumber Melon oraz White Tea & Sage. Jeśli tylko macie okazję odwiedzić sklep koniecznie się im przyjrzyjcie i oczywiście powąchajcie ;) W każdym sklepie BBW dostępny jest zlew, z którego można skorzystać i samemu, na własnej skórze wypróbować konsystencję, zapach oraz właściwości. 


Na dzisiaj to tyle. I tak wyszedł niesamowity tasiemiec i podziwiam wszystkich, którzy dobrnęli do końca ;) Mam Wam jeszcze do opowiedzenia trochę na temat serii Aromaterapia oraz zapachów do domu. Zorientowałam się w trakcie pisania, że wyszedł już dość długi wpis, a tu jeszcze tyyle do opisania, dlatego resztę produktów przerzucam na następny wpis ;) 

Dajcie znać co myślicie o tych produktach :) 
Może macie jakieś i polecacie? ;) A może może zainteresuje Was rozdanie z tymi produktami? Czekam na Waszą opinię :)

Buziaki,
Ada.
Bielenda Green Tea serum multifunkcyjne cera mieszana | mój hit pielęgnacyjny

19:01:00

Bielenda Green Tea serum multifunkcyjne cera mieszana | mój hit pielęgnacyjny

Hej !

Właśnie jestem w domu rodzinnym. Po ciężkim miesiącu w końcu mam wolne i to aż 4 dni. Szok ;) Postanowiłam przyjechać do rodzinki, bo nigdzie tak nie odpocznę jak tu. Popołudnia spędzam z rodzicami i siostrą, a do południa mogę nadrobić trochę blogowe sprawy. Ostatnio mniej postów się pojawia, ale naprawdę nie miałam kiedy usiąść do laptopa. Nawet jeśli miałam jakiś pojedynczy dzień wolny to wiecie jak to jest - totalny relaks, cały dzień w szlafroku przed telewizorem. Bardziej wtedy aktywna jestem na Instagramie. Tych z Was, których tam jeszcze nie ma, serdecznie zapraszam -> klik.

Dzisiaj chcę Wam opowiedzieć o moim totalnym hicie pielęgnacyjnym, o którym wspominałam Wam już tyle razy i nie raz obiecałam oddzielną recenzję. No i w końcu się wzięłam ;) Zainteresowanych zapraszam do dalszej części wpisu ;)
SERUM MULTIFUNKCYJNE | CERA MIESZANA

Pierwszy raz spotkałam się z tym produktem, gdy pracowałam jeszcze w drogerii Super Pharm. Nie interesowałam się nim, ponieważ nigdy nie miałam problemów z cerą. Aż do czasu, gdy moja cera zaczęła się buntować i wtedy koleżanka mi poleciła to serum. Bielendę zawsze lubiłam, więc postanowiłam spróbować.

Jak widzicie serum znajduje się w małej buteleczce o pojemności 15 ml. Mamy 4 miesiące na jego zużycie, ale powiem Wam, że przy codziennym stosowaniu znacznie szybciej się kończy. Serum jest zaopatrzone w pipetkę, która niestety, gdy produkt jest na wykończeniu nie dosięga tych resztek, ale dla mnie to nie jest żaden problem. Wystarczy wylać produkt prosto z buteleczki, dzięki czemu można go wykorzystać do ostatniej kropli. Konsystencja jest lekka, lejąca. Ja nakładam produkt bezpośrednio z pipety na skórę. Na czoło, lewy polik i prawy i wklepuję. Serum bardzo ładnie pachnie, świeżo i delikatnie. Dokładną analizę składu znajdziecie u Natalii Elfnaczi -> klik. , która pisała o produktach z tej serii w zeszłym roku. 

Serum ma za zadanie według producenta systematycznie i skutecznie pielęgnować cerę mieszaną, normalizować wydzielanie sebum i regulować pracę gruczołów łojowych, tonizować, nawilżać i odżywiać oraz poprawiać jakość naskórka skłonnego do niedoskonałości. Więcej możecie poczytać o obietnicach producenta na stronie Bielendy. 
Ja używałam go tylko i wyłącznie na noc, tak jak zaleca producent. Na początek codziennie, potem co kilka dni. Ten produkt jest moim małym odkryciem w pielęgnacji. Gdy moja cera naprawdę się buntowała, całą prawą stronę miałam w okropnych krostach, bolących i czerwonych. Nie wiem czemu, ale zaatakowało tylko prawą stronę, lewa była czysta. Często też na brodzie coś się pojawi. Gdy zaczęłam używać serum poprawę widziałam właściwie już po 2 tygodniach. Skutecznie rozprawiło się z moimi niedoskonałościami, złagodziło zaczerwienienia i pozbyło się przebarwień. Co dla mnie najważniejsze - ograniczyło pojawianie się nowych nieprzyjaciół. Skóra jest oczyszczona, gładka, pory są zmniejszone. Jedyny minus - przy codziennym stosowaniu niestety może trochę przesuszać. Ja niestety mam cerę generalnie suchą z pojawiającymi się co jakiś czas niedoskonałościami, dlatego też nie chciałam nic silnego typu Effaclar Duo z La Roche Posay, bo wiedziałam, że mnie wysuszy na wiór. Serum z Bielendy nie jest aż tak mocne, ale też niestety delikatnie wysusza. Wtedy już nie stosuję go codziennie, tylko co kilka dni. A w pozostałe dni coś mocno nawilżającego na noc, regularnie używam peelingu i nawilżających maseczek w płachcie. Przy regularnym stosowaniu widać poprawę. Skóra jest rozjaśniona, wypryski znikają, nie pojawiają się nowe, pory widocznie zmniejszone.

To była naprawdę dobra decyzja - wprowadzenie tego produktu do swojej pielęgnacji. Ja je kupuję regularnie. Znajdziecie je w każdej drogerii kosmetycznej. Jego cena regularna to ok. 33 zł. Można je dorwać oczywiście o połowę taniej na różnych promocjach. I ja je też wtedy kupuję za jakieś 15-16 zł ;) Wiem, że wiele z Was lubi i poleca serum z kwasem migdałowym z Bielendy. Też pewnie kiedyś wypróbuję, ale póki co Green Tea jest numerem jeden. Nie trzeba za niego dać miliony monet, więc jeśli borykacie się z niedoskonałościami skóry, polecam wypróbować. Może sprawdzi się i u Was ;)


Znacie ten produkt? Sprawdził się u Was? A może polecacie jakiś inny produkt z Bielendy? 

Buziaki,
A.
My Secret | Kobo Professional | Sensique | produkty do makijażu | drogeria Natura

20:24:00

My Secret | Kobo Professional | Sensique | produkty do makijażu | drogeria Natura

Hej. Rzadko tu ostatnio bywam, muszę się w końcu zmobilizować do regularnego wstawiania postów. Mam po prostu dużo pracy i jakoś nie mogę się zorganizować, ale obiecuję poprawę ;) Miałam Wam przedstawić moich ulubieńców makijażowych 2018 roku, ale ciągle mam problem ze zdjęciami. Robiłam je chyba już ze trzy razy i ciągle wychodzą nie tak jak trzeba :/ 

Dlatego dzisiaj przygotowałam dla Was wpis o produktach z drogerii Natura, które dostałam już jakiś czas temu. Powiem Wam, że marki z niższej półki cenowej naprawdę ostatnio zaskakują. Wypuszczają naprawdę dobrej jakości produkty. I dzisiaj pokażę Wam parę z nich.
Marka My Secret stworzyła palety cieni Natural Beauty Eyeshadow Palette, które są odpowiednie zarówno do makijażu dziennego jak i wieczorowego. Cienie mają jedwabistą formułę, dobrze nabierają się na pędzel i super przylegają do powieki. Troszkę się pylą, ale podczas nakładania nie osypują i w ciągu dnia też nie. Mają bardzo dobrą pigmentację, dobrze się blendują i nie bledną podczas rozcierania. 
Są dostępne 3 wersje kolorystyczne. Ja posiadam dwie: Ocean Storm oraz Sweet'n'Spicy. Ocean Storm to paleta trzech różnych odcieni zieleni. Wszystkie trzy są połyskujące i najlepiej aplikować je palcem. Naprawdę piękne makijaże można nimi wyczarować. Nie lubiłam nigdy zieleni, ale przekonałam się do nich. 
Sweet'n'Spicy to z kolei paleta ciepłych odcieni - brzoskwiniowy, różowy oraz fiolet. Są one matowe. Ta zdecydowanie bardziej do mnie przemawia. Używam jej do dziennych makijaży. Dobrze się czuję w takich odcieniach. Poniżej wstawiam Wam makijaż z wykorzystaniem jednej z tych palet ;) 
Jeśli chodzi o ogólny wygląd i jakość paletek, są zrobione z porządnego plastiku, zamykane na zatrzask. Powierzchnia dość mocno się rysuje, ale mi to jakoś bardzo nie przeszkadza. Nie oszukujmy się - jest to produkt za grosze, także nie ma to jakiegoś większego znaczenia. Podoba mi się to, że są kompaktowe, idealne do zabrania w podróż. Jeśli jeszcze ich próbowaliście koniecznie się nimi zainteresujcie. Dostaniecie je oczywiście w drogerii Natura za 18. 59  zł. Z informacji, które otrzymałam, paletki są edycją limitowaną, także korzystajcie póki są ;)
Zdjęcie oczywiście nie oddaje rzeczywistości - na żywo kolory są dużo bardziej napigmentowane. Niestety nie mam dobrego sprzętu. 
Marka Kobo uraczyła nas nowymi, kremowymi korektorami Creamy Camouflage Correcting & Contouring. Dostępne są w trzech odcieniach 401 fair, 402 light beige, 403 natural beige. Korektory mają lekką konsystencję, raczej średnie krycie. Mają mały aplikator, którym bez problemu aplikuje się produkt. Mi najbardziej odpowiada odcień 402, najjaśniejszy oddałam siostrze, najciemniejszy mamie ;) Cieszę się, że mam komu oddać produkty, które dostaję, dzięki czemu się nie marnują, a inni mogą skorzystać ;) 
Osobiście wolę bardziej kryjące korektory, aby zakryć niedoskonałości oraz zasinienia pod oczami, gdy się nie wyśpię;) I ten korektor nie do końca mi to zapewnia. Niestety zasinienia przebijają, także jeśli nie macie z nimi problemów, może Was zainteresuje. Jest lekki i nie obciąża cienkiej skóry pod oczami i nie wysusza jej. Odcienie są całkiem trafne. Myślę, że pomimo dostępnych zaledwie 3 kolorów, znajdziecie swój, który będzie Wam pasował ;) Dostaniecie je w cenie 18. 99 zł. 
Marka Sensique również wypuściła korektory - długotrwałe i kryjąco-matujące Skin High Coverage Liquid Concealer. Również dostępne w trzech odcieniach 1 Porcelain, 2 light beige, 3 sand beige. Ja przytuliłam 2, reszta poszła w świat ;) Jak widać szata graficzna jest prosta i skromna i takie mi odpowiadają. Korektor ma również mały aplikator.
Ten korektor bardziej przypadł mi do gustu. Ma dobre krycie, gęstą formułę i trwałość. Nie wchodzi w załamania i trzyma się przez cały dzień. Mimo matowego wykończenia nie wysusza mojej skóry pod oczami i w ciągu dnia nie wygląda też na niej sucho. Tutaj również odcienie wypadają całkiem fajnie. Dostaniecie go za 14. 99 zł. Używam go też jako bazy pod cienie i tu również zdaje egzamin. Lubię, gdy korektory zapewniają mi dobre krycie oraz nie obciążają skóry i właśnie ten korektor mi to zapewnia ;)

Warto czasem zajrzeć do drogerii Natura i zerknąć na te tańsze marki, bo można znaleźć tam perełki :) 

Coś Wam wpadło w oko ? Może macie któryś z produktów? 

Buziaki,
Ada
pędzle z Aliexpress | jak się u mnie sprawdziły? |

16:48:00

pędzle z Aliexpress | jak się u mnie sprawdziły? |

Hej !

Dzisiaj tak jak chcieliście opowiem Wam o pędzlach do makijażu, które zamówiłam w połowie lipca na Aliexpress. Nie robiłam zbytniego rozeznania tylko właściwie wybrałam oczami ;) Spodobały mi się złote trzonki i różowo-białe włosie, więc zdecydowałam się na zestaw 15 pędzli do makijażu twarzy i oczu. Jeśli jesteście ciekawi jak się sprawdziły, zapraszam do dalszej części wpisu.
Na zdjęciu wyżej macie wszystkie pędzle do twarzy. Generalnie wszystkie i te do twarzy i do oczu są niezwyk;e mięciutkie, nie drapią tylko wręcz miziają naszą skórę. Nawet po umyciu. Miałam wrażenie, że po umyciu ich olejkiem z Isany są jeszcze bardziej miękkie i przyjemne w dotyku. Włosie też póki co nie wypadło. Trzonki są wykonane z plastiku, ale wydają się być solidne. Nie rysują się ani nie niszczą. Trzymam je schowane w kuferku. I gdy schną leżą na płasko, tak aby woda nie dostała się do środka trzonka. 
Opiszę Wam każdy po kolei, jakie mam dla nich zastosowanie

  • duży puchaty - ja go używam do pudru sypkiego. I sprawdza się naprawdę super. Przede wszystkim jest to szybki proces, a rano mam naprawdę mało czasu na wykonanie makijażu,
  • płaski, zbity - jeden z moich ulubionych! Idealnie nadaje się do brązera. Wcześniej miałam problem z czekoladką z Lovely, myślałam, że jest dla mnie za ciemny i robiłam nim sobie okropne plamy, ale to była kwestia doboru odpowiedniego pędzla. Tym z Ali przepięknie można wykonturować twarz. Odkąd go używam, codziennie maltretuję ten brązer i naprawdę się z nim polubiłam.
  • płaski, zaokrąglony - dobrze mi się nim nakłada róż,
  • wachlarz - do rozświetlacza; jest ok, nie jest aż tak miękki jak wachlarz, który kupiłam kiedyś w Super Pharm i nic się nie dało nim nałożyć, ale można zrobić nim delikatny efekt. Wolę zdecydowanie mój z Hakuro, który jest najlepszym pędzlem do nakładania pudrów rozświetlających,
  • do niego jeszcze nie znalazłam zastosowania ;)
  • dwa pierwsze nadadzą się do nakładania rozświetlacza, ale też używam ich czasem, żeby wyczyścić okolicę wokół oka po zrobieniu makijażu,
  • trzeci używam do blendowania, nie jest jest jakiś wybitny, ale ujdzie, używam go tak dodatkowo, pomocniczo.
  • tę pędzelki są dość sztywne i dobrze mi się nimi nakłada sypkie cienie połączone z Duralinem albo np. tym środkowym rozcieram kreskę na dolnej linii rzęs. Dobrze się do tego nadają. Cień trzyma się pędzla i bardzo dobrze przyczepia do powieki. Nakładam też nimi czasem rozświetlający cień w kąciku.
  • płaski, ścięty - idealny do brwi. super nakłada się nim pomadę czy cień i wyrysowuje pożądany kształt,
  • płaski, języczkowy - nim również nakładam sypkie cienie, ale też nada się do korektora pod oczy. 
Był jeszcze jeden pędzelek w zestawie, taki płaski, sztywny, ale używam go do formowania akrylo-żelu na paznokciu. Idealnie się sprawdza ;) 

Bardziej jestem zadowolona z pędzli do twarzy, których potrzebowałam, ponieważ moje stare pędzle już naprawdę powinny iść na emeryturę. I super się sprawdzają! Do oczu sporo się powtarza i nie ma wśród nich konkretnego pędzla do rozcierania. Ogólnie przydają się prawie wszystkie i jestem z nich zadowolona i cieszę się, że je zamówiłam :) Zwłaszcza, że włosie jest naprawdę miłe i porządne. Mam nadzieję, że będą mi służyć przez lata. Zapłaciłam za nie niecałe 40 zł. 


I co myślicie? Macie jakieś pędzle z Aliexpress? ;)

A.